Ontologiczne przyczyny utajnienia kontaktu z pozaziemską inteligencją
O
d dziesięcioleci pojawiają się pytania, dlaczego kontakt z pozaziemską inteligencją – jeśli rzeczywiście do niego doszło – miałby być utrzymywany w ścisłej tajemnicy przed społeczeństwem. W oficjalnych dyskusjach często wskazuje się na powody polityczne i technologiczne: np. obawy przed paniką społeczną, względami obronnymi czy chęcią zdobycia przewagi technologicznej. Coraz więcej badaczy i teoretyków ufologii sugeruje jednak, że u źródeł tajemnicy mogą leżeć głębsze, ontologiczne przyczyny, związane z fundamentalnymi pytaniami o naturę człowieka, życia i rzeczywistości. Tego typu hipotezy wykraczają poza proste kwestie techniczne – dotykają sfery filozoficznej, religijnej i psychologicznej, sugerując, że prawda o Obcych mogłaby podważyć nasze podstawowe założenia o wyjątkowości ludzkości, sensie życia i śmierci. W niniejszym eseju przeanalizowane zostaną te egzystencjalne powody utajniania kontaktu z obcą inteligencją, z perspektywy ufologii, religioznawstwa, filozofii i psychologii. Odwołamy się do wypowiedzi badaczy zjawiska UFO (np. Lindy Moulton Howe czy Luisa “Lue” Elizondo), relacji osób z doświadczeniami abdukcji oraz analogii historyczno-mitologicznych (m.in. gnostyckiej koncepcji Archontów, sumeryjskich Anunnaki czy motywu „człowieka jako bydła bogów”). Pozwoli to lepiej zrozumieć hipotezę, iż największy sekret nie dotyczy technologii Obcych, lecz budzącej grozę prawdy o naszym statusie we wszechświecie.
Perspektywa ufologii: niewygodne świadectwa i sugestie
We współczesnej ufologii narasta przekonanie, że rządy i wojsko mogą ukrywać informacje o Obcych nie tylko z powodu technologii (np. pozyskiwania zaawansowanych materiałów czy broni), ale też z uwagi na psychologiczny wpływ prawdy na ludzkość. Były szef programu Pentagonu do badania UFO, Luis Elizondo, wielokrotnie dawał do zrozumienia, że pełne ujawnienie wiedzy o tym fenomenie byłoby dla ludzkości szokujące i „przygnębiające” w swoich implikacjach. W wywiadach sugerował, iż społeczeństwo w obliczu całej prawdy byłoby raczej pogrążone w zadumie niż triumfujące – nastąpiłby „stan przygnębienia” i poczucie powagi sytuacji. Elizondo stwierdził m.in., że skutkiem pełnej dekonspiracji UFO byłby przewrót w systemach wierzeń religijnych i zakwestionowanie samej natury człowieczeństwa. To niezwykle mocne stwierdzenia: sugerują one, że wśród ukrywanych informacji mogą być takie, które podważają nasze dotychczasowe rozumienie życia i śmierci oraz miejsca homo sapiens we wszechświecie. Elizondo przyznał, że niektóre rzeczy, o których się dowiedział, spędzają mu sen z powiek i zmuszają do postawienia „poważnych pytań o naturę naszego gatunku”. Takie wypowiedzi wskazują, że problemem nie jest tylko czy Obcy istnieją, ale kim lub czym są i jaki mają związek z nami – oraz że odpowiedzi mogą być głęboko niepokojące.
Jeszcze dalej idą sugestie niezależnych badaczy zjawisk anomalnych, takich jak Linda Moulton Howe. Przez lata zbierała ona relacje wojskowych i rzekomych insiderów na temat UFO. W jednej z takich historii, której Howe nadała rozgłos, pojawia się koncepcja, że świat, w którym żyjemy, jest częścią jakiejś większej żywej Istoty, a poza nią rozciąga się ogromna ciemność. Innymi słowy – nasza rzeczywistość miałaby być „wnętrzem” czegoś żywego i świadomego, zaś to, co na zewnątrz, jest niepoznawalną pustką. Brzmi to niczym gnostycka wizja kosmosu stworzonego przez wyższą istotę, a jednocześnie przypomina współczesne hipotezy symulacji czy wszechświata-hologramu. Howe spekuluje również nad naturą duszy i śmierci – zastanawia się, czy mechanizm reinkarnacji (czy też „recyklingu dusz”) nie jest wbudowany w nasz wszechświat jako element większego systemu. Podczas audycji Midnight in the Desert w 2016 r. powiedziała filozoficznie: „A jeśli recykling dusz jest mechanizmem w tym wszechświecie, można argumentować, że entropia została zaprojektowana tak, aby istniał recykling dusz – by mogły wzrastać, umacniać się i ewoluować”. Taka myśl, na pozór pocieszająca, kryje jednak niepokojący podtekst: co, jeśli nasze dusze rzeczywiście podlegają jakimś wyższym istotom lub prawom, które wykorzystują cykl życia i śmierci do własnych celów?.
Relacje osób, które twierdzą, że doświadczyły bliskich spotkań lub uprowadzeń (abdukcji), często zawierają elementy zdające się potwierdzać te mroczne spekulacje. Wielu świadków abdukcji opisuje nie tylko typowe porwania fizyczne, ale wręcz oddzielenie ich świadomości od ciała – jakby Obcy potrafili manipulować ludzką duszą czy jaźnią. Badacz dr David Jacobs w książce The Threat przytacza liczne świadectwa osób, które podczas uprowadzenia czuły się rozłączone ze swoim „ja”, jak gdyby ich świadomość była wyciągana z ciała i poddawana badaniom niezależnie od fizycznej powłoki. Niektórzy z kolei relacjonują wprost doświadczenia sugerujące „żniwa dusz” – słyszeli od istot pozaziemskich, że ludzie są im potrzebni nie ze względu na ciała, lecz właśnie ze względu na dusze lub energię życiową. W głośnym przypadku Bob Lazar, który twierdził, że pracował przy badaniu technologii obcych w Strefie 51, utrzymuje, iż widział dokumenty rządowe opisujące zaskakującą perspektywę Obcych na ludzkość. Według Lazara, w tajnych raportach stwierdzono, że obcy uważają nas za „pojemniki… pojemniki pojemników… może pojemniki dusz”. Innymi słowy – ludzie mieliby być przez nich postrzegani jako kontenery, być może niosące w sobie istotną zawartość (duszę), której naturę znają tylko te byty. Tę samą frapującą frazę – „jesteśmy tylko pojemnikami” – powtarzają też niektórzy uprowadzeni: opowiadają, że czuli podczas porwania manipulacje na ich duszy, a nawet obawiają się, iż Obcy potrafią odebrać lub „ukraść” duszę człowieka. Tego rodzaju doniesienia, jakkolwiek brzmiące fantastycznie, ilustrują pewien wzorzec: jeśli wierzyć tym relacjom, obca inteligencja interesuje się nami nie jako unikalnymi, suwerennymi istotami, lecz jako środkiem do jakiegoś celu – czy to biologicznego, czy metafizycznego.
Takie wnioski są przygnębiające: podważają bowiem fundamentalne przekonanie o szczególnej pozycji człowieka. Wizja, że rządzący trzymają w tajemnicy kontakty z Obcymi z powodu szokującej prawdy, iż nie jesteśmy wyjątkowi ani niezależni, lecz stanowimy element czy zasób w czyimś większym planie – to narracja rodem z horroru metafizycznego. A jednak jest to hipoteza żywa w kręgach ufologii. Jak ujął to pewien badacz spekulujący na ten temat: „W mojej teorii Obcy nie są źli – oni po prostu traktują nas jak bydło. Nie muszą zadawać nam cierpienia, ale potrzebują naszej esencji duszy… wykorzystują ją do tworzenia technologii kontrolowanych umysłem”. Innymi słowy, pozaziemscy przybysze wcale nie muszą żywić wobec nas wrogiej nienawiści; wystarczy chłodna obojętność i traktowanie ludzkości czysto instrumentalnie, tak jak my traktujemy zwierzęta hodowlane. Tego rodzaju konkluzje skłaniają do pytania: czy ludzka psychika jest gotowa zmierzyć się z prawdą o byciu potencjalnie podrzędnym gatunkiem? Być może właśnie nieprzygotowanie społeczeństwa na taki cios w nasze ego jest głęboką, ukrytą przyczyną utrzymywania sekretu.
Religioznawstwo: dawne mity o istotach wyższych a współczesne interpretacje
Jeśli hipotezy o „mrocznej prawdzie” kryjącej się za obecnością Obcych są choć częściowo prawdziwe, to zaskakująco wiele paralele znajdziemy w dawnych religiach i mitologiach. Religioznawcy zwracają uwagę, że starożytne teksty pełne są opowieści o istotach z nieba rządzących ludźmi, wykorzystujących ich lub manipulujących ich losem. Współcześnie niektórzy próbują interpretować te mity przez pryzmat teorii paleoastronautycznych – według nich bogowie z dawnych ksiąg to w istocie pozaziemscy przybysze, których działania zostały zapamiętane w formie religijnych podań. Takie spojrzenie może rzucić światło na omawianą kwestię: być może tajemnica kontaktu z Obcymi trwa od tysiącleci, a dawne cywilizacje również zmagały się z prawdą o swoim podporządkowaniu wyższym bytom.
Przykładem może być gnostycyzm – nurt religijny z pierwszych wieków naszej ery, uznany później za heretycki. Gnostycy wierzyli, że materialny świat został stworzony przez niższą, błędną istotę boską (Demiurga), a nasza rzeczywistość jest w istocie uwięzieniem boskiej iskry (duszy) w niedoskonałej materii. W pismach gnostyckich (odkrytych m.in. w Nag Hammadi) pojawia się koncepcja Archontów – kosmicznych władców rządzących światem materialnym, którzy utrzymują ludzkość w ignorancji i zniewoleniu duchowym. Co fascynujące, opisy Archontów w gnostyckich kodeksach wykazują zadziwiające podobieństwo do relacji o współczesnych Obcych. Badacz John Lash zauważa: „Istoty, które [gnostycy] nazywali Archontami, wydają się identyczne z istotami pozaziemskimi współczesnej ufologii. Zarówno typy szare, jak i reptyliańskie są wyraźnie opisane w kodeksach. Szacuję, że około jednej piątej materiału z Nag Hammadi dotyczy Archontów, ich pochodzenia, metod i motywów”. Gnostycka mitologia przedstawia więc pewien wzorzec narracyjny: ludzkość jest hodowana lub utrzymywana przez byt wyższy (Demiurga i jego zastępy), który żeruje na niej duchowo – kradnąc światło duszy. W Pistis Sophii czy Apokryficie Jana czytamy, że Demiurg i Archonci usidlili ludzkie dusze w materii, by móc czerpać z nich energię światła. Gnostycy starali się zdemaskować ten kosmiczny spisek, głosząc, że prawdziwy Bóg jest poza światem materialnym, a nasze dusze muszą się wyzwolić spod władzy fałszywego boga-Archonta. Jeśli porównać to z dzisiejszymi teoriami ufologicznymi, brzmi to zaskakująco znajomo: Obcy jako ukryci „pasterze” stada ludzkiego, utrzymujący nas w swoistym matrixie, byśmy nie poznali wyższej prawdy i by mogli nas nadal wykorzystywać.
Innym starożytnym motywem jest koncepcja, iż człowiek został stworzony po to, by służyć bogom. W mitologii mezopotamskiej (babilońskiej i sumeryjskiej) znajduje się opowieść o tym, jak wielcy bogowie (nazywani często Anunnaki) początkowo sami musieli wykonywać ciężką pracę na Ziemi, co jednak ich męczyło i wywołało bunt pomniejszych bóstw (Igigi). W eposie Atrahasis oraz innych tekstach czytamy, że aby rozwiązać ten problem, bogowie postanowili stworzyć ludzi jako siłę roboczą – „pierwsze ludzkie pary jako niewolników do pracy”, by odciążyć bóstwa z trudu. Ludzie zostali więc ulepieni z gliny zmieszanej z krwią zabitego boga (według Enki i Ninmah lub Atrahasis) i od tej pory mieli zajmować się uprawą ziemi, dostarczaniem bogom pożywienia i czczeniem ich, podczas gdy bogowie mogli odpoczywać. Ten mit wprost przedstawia ludzkość jako „bydło bogów” – gatunek stworzony nie dla własnego celu, lecz instrumentalnie, jako narzędzie dla istot wyższych. Warto zaznaczyć, że w sumeryjskich tekstach nie ma tu mowy o moralnym sprzeciwie: było to dla bogów naturalne, że niższe istoty pracują na ich rzecz. Co więcej, kiedy ludzie rozmnożyli się nadmiernie i zaczęli hałasować, przeszkadzając bogu Enlilowi, ten postanowił zredukować populację za pomocą potopu – kolejny dowód, jak „bogowie” traktowali ludzi przedmiotowo i bez empatii.
W różnych kulturach odnajdziemy podobne motywy. W mitologii greckiej ludzie również byli zabawką bogów (np. w Iliadzie nieśmiertelni decydują o losie śmiertelników na polu bitwy, kierując się własnymi sympatiami lub urazami). W wierzeniach azteckich bogowie domagali się krwawych ofiar z ludzi, by podtrzymywać swą siłę – tu także widać ideę, że życie ludzkie jest walutą w transakcjach z bóstwami. Z kolei niektóre ludowe interpretacje chrześcijaństwa w średniowieczu wprost nazywały ludzi „trzodą Pańską”, co w przenośni oznacza wspólnotę wiernych, ale dosłownie brzmi jak stado należące do Pana. Wszystkie te wątki sugerują, że poczucie bycia wykorzystywanym przez wyższe moce tkwi głęboko w ludzkiej podświadomości kulturowej.
Jeśli teraz spojrzymy na obecne czasy, idee te odżywają w nowych formach: popularne stały się teorie spiskowe o reptilianach rządzących światem pod postacią ludzi czy o „loosh” – niewidzialnej energii negatywnych emocji, którą rzekomo żywią się międzywymiarowe byty pasożytnicze. Choć brzmi to fantastycznie, jest w tym kontynuacja dawnych narracji: człowiek jako zasób, którym ktoś się pożywia lub posługuje. Z punktu widzenia religioznawstwa można zatem postawić hipotezę, że utrzymywanie w tajemnicy wiedzy o Obcych wynika z obawy, iż ich ujawnienie zdemaskuje ich rolę dawnych „bogów” czy „archontów”, co z kolei wstrząśnie podstawami współczesnych religii. Gdyby nagle potwierdziło się, że np. istoty odpowiedzialne za kluczowe wydarzenia religijne (jak przekazanie ludziom cywilizacji, a nawet figury aniołów i demonów) to Obcy, wiele osób mogłoby doznać kryzysu wiary. Zresztą Elizondo wprost stwierdził, że pełne ujawnienie prawdy spowoduje „przewrót w wierzeniach religijnych”. Religie musiałyby się zmierzyć z pytaniem: czy nasze bóstwa to w rzeczywistości bardzo zaawansowane istoty z kosmosu? A jeśli tak, to gdzie miejsce dla Boga Absolutnego? Czy dusza i życie po śmierci to część jakiegoś „programu” Obcych? Tego typu rozważania uderzają w samą strukturę sensu, jaką religie dają miliardom ludzi. Nie dziwi zatem, że perspektywa zburzenia tego porządku mogłaby skłaniać decydentów do utrzymywania sekretu za wszelką cenę.
Filozoficzne implikacje: wyjątkowość człowieka i natura śmierci
Jednym z najgłębszych powodów, dla których kontakt z obcą inteligencją mógłby być utajniany, są implikacje filozoficzne – szczególnie te dotyczące statusu człowieka we wszechświecie oraz znaczenia życia i śmierci. Wychowani w tradycji humanistycznej lub religijnej, ludzie odruchowo uważają się za szczyt stworzenia – istoty wyjątkowe, obdarzone nieśmiertelną duszą, stojące być może w centrum planu boskiego. Tymczasem istnienie zaawansowanej inteligencji pozaziemskiej samo w sobie podważa tę wyjątkowość: pokazuje, że nie jesteśmy jedynym ani najważniejszym inteligentnym gatunkiem. To już bywało przedmiotem dyskusji (np. w kontekście kopernikańskiego przewrotu czy teorii ewolucji Darwina, która zdetronizowała człowieka z pozycji “korony stworzenia”). Jednak jeszcze większym wstrząsem byłaby wiedza, że Obcy mogą mieć bezpośredni wpływ na nasze istnienie, a nawet że to oni nas stworzyli lub hodują. Jak zauważa publicysta Alex Edwards, pełne ujawnienie ewentualnej prawdy o naszym pochodzeniu i miejscu w kosmosie mogłoby sprawić, że wielu ludzi zaczęłoby „kwestionować samą naturę ludzkości”.
Rozważmy hipotetyczny scenariusz: rząd potwierdza, że tak, Obcy istnieją i utrzymują z nami kontakt od dawna, ale jednocześnie ujawnia coś więcej – np. że ludzka cywilizacja została zapoczątkowana dzięki inżynierii genetycznej obcych (co sugerują niektóre teorie o Anunnaki), lub że nasze świadomości są powiązane z szerszą świadomością kosmiczną kontrolowaną przez obcych. Taka prawda zadaje cios pojęciu wolnej woli i autonomii człowieka. Trudno już wtedy utrzymać gatunkową pychę, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy”. Zamiast tego pojawia się dramatyczne pytanie: skoro nie jesteśmy najwyżsi w hierarchii, to kim jesteśmy? Czyżby tylko pionkami lub elementami jakiegoś eksperymentu?. Filozofowie od dawna spekulowali, że wszechświat może nie mieć centrum, a życie nie musi mieć obiektywnego sensu – ale co innego abstrakcyjna dyskusja, a co innego konkretna konfrontacja z istotami, dla których rzeczywiście jesteśmy co najwyżej ciekawostką lub zasobem.
Problem śmierci w tym kontekście nabiera również nowego wymiaru. Większość systemów filozoficzno-religijnych traktuje śmierć jako tajemnicę – moment przejścia, transformacji, być może sądu czy wyzwolenia duszy. Jeżeli jednak prawdziwe okazałyby się tezy, że po śmierci ludzka świadomość nie wędruje do żadnej nagrody czy kary transcendentnej, tylko zostaje np. przechwycona przez obcych w celu „zresetowania” i ponownego wcielenia (co sugerują pewne interpretacje gnostyckie czy relacje z NDE w duchu teorii „dusza w pułapce”), wówczas cała metafizyka, etyka i nadzieja eschatologiczna ległyby w gruzach. Wizja, że śmierć nie jest końcem ani bramą do wieczności, lecz kolejnym etapem manipulacji, brzmi przerażająco. A przecież takie właśnie wątki pojawiają się w niektórych świadectwach: np. część osób po doświadczeniach NDE (śmierci klinicznej) opowiada o spotkaniach ze świetlistą istotą, która jednak zamiast zapewnić im niebo, odsyła ich z powrotem na Ziemię, czasem nawet wbrew ich woli – co pewni autorzy interpretują jako działanie systemu reinkarnacyjnego kontrolowanego przez jakiś byt (niektórzy łączą to z Demiurgiem lub obcymi). Linda Moulton Howe spekulowała, że „istota światła, do której udają się doświadczający śmierci, może być tylko recyklerem światła dla Demiurga” – czyli że popularne w relacjach NDE „światło” w tunelu to element kosmicznej machiny zwodzenia. Trudno wyobrazić sobie bardziej druzgocącą wiadomość dla ludzkiej psychiki religijnej: oznaczałaby ona, że wielkie obietnice duchowe ludzkości (zbawienie, oświecenie, zjednoczenie z Bogiem) są nieosiągalne, bo tkwimy w pętli kontrolowanej przez istoty, którym nasza wiara jest obojętna.
Z filozoficznego punktu widzenia byłby to czysty nihilizm podszyty horrorem. Człowiek okazałby się ani nie panem siebie, ani nawet nie autorem własnej duchowej drogi. Egzystencjalna groza takiego odkrycia mogłaby prowadzić do masowej desperacji albo przeciwnie – zobojętnienia (skoro nic nie możemy poradzić, żyjmy dalej byle jak). Istnieje pojęcie “szoku ontologicznego” na określenie reakcji, jakiej doznaje jednostka, gdy jej fundamentalny obraz rzeczywistości rozpada się pod naporem nowej prawdy. Ujawnienie, że nie jesteśmy kim myśleliśmy, że jesteśmy – i że być może całe nasze życie jest hodowlą – stanowi właśnie taki szok ontologiczny w skali całego gatunku. Rządy mogą obawiać się, że społeczeństwo nie uniesie tego ciężaru: dotychczasowe normy moralne, cele życiowe, kontrakty społeczne mogłyby stracić znaczenie z dnia na dzień. Niektórzy mogliby popaść w fatalizm (“skoro jesteśmy tylko zasobem, to po co moralność?”), inni w anarchię, a jeszcze inni w nowe fanatyczne kulty (np. próbujące czcić lub przebłagać Obcych). Taka transformacja świadomości zbiorowej jest nieprzewidywalna i potencjalnie katastrofalna. Nic dziwnego więc, że jeśli decydenci znają choć część tej ponurej prawdy, mogą uznać, iż “dla dobra ludzkości” lepiej ją zatajać.
Rozwój cywilizacji a empatia: czy inteligencja gwarantuje moralność?
Warto pochylić się nad założeniem, które często nam towarzyszy: że wysoce rozwinięta cywilizacja musi być dobroczynna lub co najmniej etyczna. Nie jest to jednak wcale oczywiste. Nasza własna historia podpowiada wręcz, że postęp technologiczny nie zawsze idzie w parze z postępem moralnym. Najbardziej rozwinięte imperia nieraz traktowały słabsze ludy instrumentalnie, kierując się zimnym rachunkiem zysków i strat. Kolonialne potęgi potrafiły podbijać i eksploatować rdzenną ludność nie z czystej nienawiści, ale z obojętnością na ich los, uważając ich za „niższych” w rozwoju. Podobnie współczesna nauka dokonuje cudów, ale nie waha się wykorzystywać zwierząt laboratoryjnych do eksperymentów, jeśli uznaje to za konieczne – ponownie, nie z okrucieństwa, lecz z przekonania o wyższości poznawczej człowieka nad innymi stworzeniami. Dlaczego więc mielibyśmy zakładać, że ewentualne obce super-cywilizacje spojrzą na nas inaczej?
Już klasyk science fiction, Arthur C. Clarke, przestrzegał przed naiwnym optymizmem, mówiąc słynnie: „Dwie możliwości istnieją: albo jesteśmy sami we wszechświecie, albo nie – obie są równie przerażające.” Jedną z tych przerażających możliwości jest właśnie ta, że nie jesteśmy sami, a ci Inni wcale nie są dla nas życzliwi ani moralni wedle naszych standardów. Znany astrofizyk Stephen Hawking również ostrzegał, że poszukiwanie kontaktu z obcymi może być ryzykowne. Uważał on, iż Obcy zapewne posiadający miliony lat przewagi technologicznej mogliby traktować nas podobnie, jak Europejczycy potraktowali rdzennych Amerykanów – i skomentował: „Jeśli obcy kiedykolwiek nas odwiedzą, myślę, że skutek będzie podobny do tego, gdy Krzysztof Kolumb po raz pierwszy wylądował w Ameryce – co nie skończyło się dobrze dla rdzennych Amerykanów”. Hawking wyobrażał sobie obcych jako potencjalnych „zdobywców zasobów”: być może przemierzają kosmos w poszukiwaniu surowców lub nowych światów do zasiedlenia i nie będą się przejmować losem prymitywnych tubylców, których napotkają.
Co ważne, taka hipotetyczna cywilizacja nie musi być złośliwa per se – może być chłodno pragmatyczna. Dla nas to byłaby katastrofa moralna, ale dla nich? Być może byliby zdziwieni, że w ogóle mamy pretensje. Przecież i my, ludzie, nie uważamy się za złych, gdy budujemy autostradę przez teren mrówek, niszcząc ich mrowiska – w ogóle nie bierzemy pod uwagę zdania mrówek. Skala różnicy rozwoju między nami a potencjalnymi Obcymi mogłaby być jeszcze większa, niż między człowiekiem a owadem. Empatia nie musi być cechą uniwersalną inteligencji – mogła wyewoluować u nas w określonych warunkach społecznych, ale nie jest powiedziane, że każdy rozumny gatunek w kosmosie kieruje się empatią wobec innych gatunków. Przeciwnie, zimna logika połączona z zaawansowaną wiedzą mogłaby prowadzić do cywilizacji „post-etycznych” z naszej perspektywy: istoty te mogły rozwiązać wewnętrzne problemy moralne u siebie, ale nas postrzegać jedynie jako biologiczny zasób do analizy albo surowiec energetyczny.
Z takiej perspektywy łatwiej zrozumieć, dlaczego rządy mogłyby bać się wyjawienia prawdy. Przyznanie „tak, obcy są tutaj i są dużo potężniejsi od nas, a na dodatek traktują nas jak my traktujemy zwierzęta hodowlane” oznacza przyznanie, że nie kontrolujemy sytuacji. Cały kontrakt społeczny oparty na tym, że państwo broni obywateli, ległby w gruzach – bo jak chronić ludzkość przed wszechmocnymi istotami, które widzą w nas co najwyżej obiekt badań? Ponadto ujawnienie, że wysoko rozwinięta inteligencja może być całkowicie pozbawiona współczucia dla nas, zadałoby bolesny cios naszym aspiracjom etycznym. Przez wieki zakładaliśmy, że moralność jest powiązana z rozumem – że im bardziej rozumny i świadomy, tym bardziej zdolny do dobra. Gdyby okazało się, że jest odwrotnie (tzn. że obiektywnie większy rozum może skutkować cynicznym pragmatyzmem), ludzkość mogłaby zwątpić w sens własnych starań moralnych. Pojawić by się mógł nihilizm: “Skoro nawet anioły okazały się demonami, to po co być dobrym?”. Albo przeciwnie – ludzie mogliby uznać, że etyka to luksus na niskim poziomie rozwoju, a aby przetrwać, musimy stać się równie bezwzględni jak nasi “opiekunowie”. Jedno i drugie byłoby dewastujące dla dotychczasowej cywilizacji humanistycznej.
Skutki ujawnienia prawdy dla religii, etyki i społeczeństwa
Rozważane ontologiczne powody utajnienia – jeśli są prawdziwe – prowadzą do pytania: co by było, gdyby jednak prawda wyszła na jaw? Jakie konsekwencje miałoby nagłe ujawnienie, że nie jesteśmy sami i że od dawna żyjemy w cieniu wyższej inteligencji, która traktuje nas co najmniej przedmiotowo? Warto przeanalizować trzy obszary potencjalnych skutków: religię, systemy etyczne oraz ogólną świadomość społeczną.
Religia: Większość religii opiera się na przekonaniu, że człowiek ma szczególne miejsce w planie kosmicznym – jest dzieckiem Boga, istotą stworzoną z miłości, obdarzoną duszą i powołaną do relacji z Absolutem. Gwałtowne ujawnienie istnienia Obcych już samo w sobie byłoby teologicznie wyzwaniem (np. czy Chrystus swoją ofiarą odkupił też kosmitów? Czy mają oni swoich proroków?). Ale prawdziwy kryzys nastąpiłby, gdyby się okazało, że te istoty stały za niektórymi objawieniami czy cudami uważanymi za boskie – lub że po śmierci to one „obsługują” ludzki los (np. przechwytując dusze). Taka ewentualność to “astrosocjologiczny” koszmar dla kościołów. Można przypuszczać, że początkowo nastąpiłby podział: część wiernych zaprzeczałaby wszystkiemu, uznając Obcych za diabły kuszące ludzkość fałszywymi cudami; inni próbowaliby wpisać Obcych w swój dogmat (np. uznając ich za też stworzenia Boże, może upadłe anioły, itp.), jeszcze inni porzuciliby tradycyjną wiarę na rzecz nowych kultów. Historycznie religie wykazywały pewną elastyczność – np. Kościół katolicki ostatecznie pogodził się z heliocentryzmem, a wielu teologów dziś dopuszcza istnienie życia pozaziemskiego w planie Bożym. Jednak skala upokorzenia antropocentryzmu byłaby tu ogromna. Jak ujął to Lue Elizondo, ludzkość musiałaby spojrzeć na siebie zupełnie inaczej i doszłoby do wstrząsu porównywalnego z rewolucją kopernikańską, tyle że dotyczącego sensu duchowego. W najgorszym razie moglibyśmy zobaczyć rozpad wielu instytucji religijnych, masowe kryzysy wiary, a jednocześnie wykwit rozmaitych guru i proroków obiecujących nowe wyjaśnienia (co w skrajności mogłoby rodzić niebezpieczne sekty apokaliptyczne).
Systemy etyczne: Świeckie systemy moralne (np. humanizm, etyka kantowska, prawa człowieka) są zbudowane na fundamencie godności osoby ludzkiej. Jeżeli jednak ludzkość odkryje, że w kosmicznej hierarchii jest daleko niżej, niż myślała, i że jej status jest bardziej zbliżony do zwierząt hodowlanych, to może nastąpić przewartościowanie pojęcia godności. Skoro „wyżsi” od nas traktują nas instrumentalnie, to czy nasze własne ideały moralne nie okażą się relatywne? Z jednej strony, mogłaby pojawić się pozytywna refleksja: do tej pory zachowywaliśmy się często okrutnie wobec „niższych” (zwierząt, ekosystemu, własnych prymitywniejszych kultur) – teraz doświadczając podobnej dominacji, być może nabralibyśmy pokory i współczucia. Ludzkość mogłaby zjednoczyć się etycznie, stwierdzając: nigdy więcej wojen między nami, skoro i tak jesteśmy jedną rodziną pod butem potężniejszych istot. Nieprzypadkowo Elizondo wyraził nadzieję, że taka prawda „zachęci do jedności duchowej, społecznej i politycznej wśród ludzi” – świadomość zewnętrznego zagrożenia czasem jednoczy przeciw dawnym waśniom. Z drugiej strony, istnieje ryzyko efektu odwrotnego: ludzie mogą pomyśleć, że dotychczasowe zasady moralne nie mają sensu, skoro i tak rządzi prawo silniejszego. Mogłoby zapanować uczucie bycia „na łasce bogów”, co w historii często prowadziło do moralnej znieczulicy (“skoro bogowie i tak robią co chcą, bawmy się dziś, bo jutro zginiemy”). Słowem, obudzony wstrząsem relatywizm mógłby albo wynieść nas na wyżyny etycznego rozwoju (solidarność gatunkowa, rezygnacja z okrucieństwa), albo strącić w otchłań cynizmu.
Świadomość społeczna: Tutaj mamy na myśli ogólny stan psychiczny społeczeństw – poziom zaufania do instytucji, poczucie bezpieczeństwa, wizję przyszłości. Ujawnienie, że rządy przez dziesięciolecia (jeśli nie dłużej) kłamały co do fundamentalnej kwestii naszego miejsca we wszechświecie, druzgotająco wpłynęłoby na zaufanie obywateli. Teorie spiskowe, wcześniej wyśmiewane, nagle okazałyby się w części prawdziwe – to erozja wiary w autorytet nauki i władzy. Może nawet dojść do rozliczeń: ludzie pytaliby, jak można było ukrywać przed światem tak ważną wiedzę, i żądaliby odpowiedzi (być może beznadziejnie, bo co tu tłumaczyć…). W początkowym okresie zapewne zapanowałby chaos informacyjny: różne agencje ujawniałyby strzępki danych, media huczałyby od spekulacji, w internecie zaroiłoby się od paniki i teorii o nadchodzącym końcu świata czy innych skrajnościach. Psychologicznie wielu ludzi mogłoby tego nie udźwignąć – statystyki zaburzeń lękowych i depresji poszybowałyby w górę. Wyobrażenie, że jesteśmy bezsilni wobec potężniejszych istot, rodzi egzystencjalne przygnębienie i poczucie absurdu (podobne do tego, jak np. ludzie czuli się w czasach Czarnobyla czy kryzysu nuklearnego – tylko że tym razem “wrogiem” byłaby siła niemal boska).
Na dłuższą metę świadomość społeczna mogłaby jednak przystosować się do nowej sytuacji – paradoksalnie, gatunek ludzki wykazuje zdumiewającą zdolność normalizowania nawet szokujących okoliczności. Pewien komentator wskazał tzw. „test Covidowy”: pandemia była wydarzeniem globalnym, też zmieniła perspektywę ludzi, ale po kilku miesiącach większość wróciła do starych przyzwyczajeń, przyzwyczajając się do zagrożenia. Być może z prawdą o Obcych byłoby podobnie: po początkowym wstrząsie życie codzienne toczyłoby się dalej – ludzie musieliby wciąż pracować, jeść, opiekować się rodzinami. Nowa rzeczywistość stałaby się po prostu elementem tła. Jednak jak wskazuje tzw. raport Brookingsa z 1960 r., badający potencjalny wpływ odkrycia kosmitów na społeczeństwo, wiele zależy od tego, jaką dokładnie prawdę by ujawniono. Już wtedy spekulowano w kręgach NASA i socjologów, że reakcje mogą być różne – od entuzjazmu i ciekawości po wrogość i panikę, a zwłaszcza szok kulturowy u mniej zaawansowanych społeczności. Raport sugerował nawet, że w skrajnym przypadku władze mogłyby chcieć czasowo wstrzymać upublicznienie informacji, aby opracować strategie radzenia sobie ze skutkami. Jeśli więc dziś rządy rzeczywiście wiedzą o istnieniu Obcych i ich naturze, być może kontynuują tę ostrożną strategię sprzed lat – uważają, że społeczna dojrzałość do przyjęcia takiej prawdy jest wciąż zbyt niska.
Zakończenie
Analizując powyższe perspektywy, wyłania się spójny obraz: prawdziwym powodem utajniania kontaktów z pozaziemską inteligencją mogą być fundamentalne obawy przed ontologicznym wstrząsem, jaki ta wiedza mogłaby zafundować ludzkości. Innymi słowy, największy lęk budzi nie technologia Obcych sama w sobie, lecz to, co ich istnienie i zachowanie oznacza dla naszego pojmowania nas samych. Ujawnienie takiej prawdy mogłoby zburzyć dotychczasowy obraz człowieka i jego miejsca we wszechświecie – obraz oparty na bardzo komfortowych założeniach.
Od tysięcy lat ludzkość żyje pod urokiem pewnych kojących mitów. Religijny mit głosi, że jesteśmy ukochanymi dziećmi Boga, otoczonymi szczególną opieką Stwórcy. Humanistyczna wiara przekonuje, że jesteśmy wyjątkowi, racjonalni, ciągle się rozwijamy i zmierzamy ku świetlanej przyszłości. Nawet świecki światopogląd nowoczesności zakłada, że wszechświat jest w gruncie rzeczy neutralnym mechanizmem, który prędzej czy później w pełni zrozumiemy i ujarzmimy dla naszego pożytku. Wszystkie te narracje – choć różne – łączy wspólny mianownik: przekonanie, że człowiek naprawdę się liczy i że nad nami czuwa jakiś wyższy porządek.
Tymczasem „najmroczniejsza teoria” sugeruje coś dokładnie odwrotnego – i znacznie bardziej ponurego. Według tej hipotezy nie jesteśmy wcale wyjątkowi ani „wybrani”. Przeciwnie, stanowimy prawdopodobnie tylko jeden z wielu gatunków zamieszkujących kosmos – i bynajmniej nie ten najważniejszy. Co więcej, możemy być przez starsze i potężniejsze istoty traktowani czysto instrumentalnie – hodowani lub wykorzystywani, podobnie jak my hodujemy i wykorzystujemy zwierzęta gospodarskie. Nie czuwa nad nami żadna szczególna Opatrzność ani „kosmiczna policja” gwarantująca bezpieczeństwo. Wszechświat wcale nie jawi się jako przyjazna kołyska życia – przeciwnie, okazuje się ogromną areną bezosobowej rywalizacji, równie brutalną i obojętną jak prawa natury na Ziemi (jeśli nie bardziej). A śmierć – wbrew pocieszającym doktrynom – wcale nie jest nagrodą ani wyzwoleniem; może się okazać po prostu kolejnym polem bitwy, tak samo chaotycznym i niepojętym jak doczesne życie.
Tego rodzaju prawda nie zaszokowałaby może jednostek, które już dawno porzuciły złudzenia co do wyjątkowości ludzkości. Dla zbiorowej świadomości społecznej – utkanej z pokoleniowych przekonań o naszej szczególnej roli – byłby to jednak cios wręcz dewastujący. Szok wynikałby tu nie z samej treści objawienia, lecz z druzgocącego kontrastu między prawdą a naszymi dotychczasowymi iluzjami. Im dłużej i mocniej żyliśmy w bańce wiary we własną ważność, tym boleśniejsze byłoby jej przebicie.
Nie sposób wykluczyć, że gwałtowne obnażenie tak ponurej rzeczywistości zachwiałoby fundamentami naszej cywilizacji. Religie straciłyby wiarygodność – masy wiernych ogarnąłby kryzys sensu i nadziei. Świeckie idee postępu oraz humanizmu również doznałyby załamania, ustępując miejsca nihilizmowi i panice. Filary moralności i prawa, od wieków wsparte na założeniach o „boskim planie” lub wyjątkowej godności człowieka, zaczęłyby pękać. Paradoksalnie ludzie nie baliby się wtedy samych Obcych – przeraziłoby ich uświadomienie sobie, że cała opowieść, jaką ludzkość snuła o sobie, była jedynie „bajką na dobranoc”.
Warto zwrócić uwagę, że Elizondo i inni insiderzy opisują tę ukrywaną prawdę słowem „somber” – czyli „ponura, przygnębiająca” – zamiast używać określeń w stylu „przerażająca” czy „koszmarna”. Najwyraźniej dobierają to słowo nieprzypadkowo. Sugestia jest czytelna: chodzi o ciężar egzystencjalny tej wiedzy, jej depresyjny, odbierający nadzieję wymiar – a nie o horror rodem z Hollywood. Innymi słowy, prawdziwym zagrożeniem wydaje się tu nie wrogi kosmita atakujący Ziemię, lecz widmo utraty przez ludzkość poczucia sensu i wyjątkowości.
Oczywiście, musimy pamiętać, że wszystkie te rozważania wciąż znajdują się w sferze hipotez. Nie mamy żadnego oficjalnego potwierdzenia, by rządy posiadały wiedzę o obcych „bogach-Archontach” czy choćby o technologii w rodzaju „kontenerów dusz”. Istnieją tylko poszlaki: enigmatyczne wypowiedzi informatorów pokroju Elizondo, zbieżne motywy pojawiające się w relacjach osób twierdzących, że zostały uprowadzone, a nawet echa podobnych idei w dawnych mitach i tekstach religijnych. To wszystko skłania jednak pewną grupę badaczy do traktowania tej teorii poważnie.
Jeśli zaś hipotetycznie kryje się w tym choć ziarno prawdy, to logika utajnienia staje się do pewnego stopnia zrozumiała. Rządzący mogą uznawać, że lepiej nie odbierać ludzkości jej zbawiennych iluzji, które zapewniają społeczeństwu spójność i stabilność. Innymi słowy – w tym wypadku ignorancja naprawdę byłaby błogosławieństwem. Przeciętny człowiek może dalej żyć swoim życiem: pracować, zakładać rodzinę, modlić się i marzyć, wierząc w tradycyjne sensy istnienia. Gwałtowne zrzucenie na jego barki brutalnej prawdy mogłoby natomiast rzucić całe społeczeństwa na kolana. Ci, którzy posiadają tę wiedzę, stoją zatem być może przed klasycznym dylematem: chronić ludzkość przed trudną prawdą czy też pozwolić jej się z nią zmierzyć i – ewentualnie – dojrzeć?
Historia pokazuje, że ontologiczne rewolucje prędzej czy później i tak następują, niezależnie od oporów. Kiedyś herezją było twierdzenie, że Ziemia krąży wokół Słońca, albo że człowiek pochodzi „od małpy” – dziś to przecież oczywistość. Podobnie szokująca może okazać się prawda o naszym statusie w kosmosie: nawet jeśli obecnie brzmi jak fantastyka, jutro może stać się podręcznikową oczywistością. Być może i tej najgłębszej tajemnicy nie da się dochować na zawsze.
Z filozoficznego i etycznego punktu widzenia można wręcz argumentować, że dojrzałość cywilizacji mierzy się zdolnością przyjęcia nawet najbardziej bolesnej prawdy o sobie. Jeśli więc pewnego dnia owa prawda o naszym kosmicznym statusie ujrzy światło dzienne, będzie to największy sprawdzian dla ludzkości. Czy pogrążymy się wówczas w mroku rozpaczy i apatii? A może otrząśniemy się z naszych dotychczasowych złudzeń, zjednoczymy jako gatunek i znajdziemy nowy – szerszy – sens istnienia w pełnym inteligencji wszechświecie? Tego na razie nie wiemy.
Jedno jest jednak pewne: ujawnienie tak ponurej prawdy oznaczałoby właściwie koniec świata, jaki znamy. Co istotne, byłby to koniec świata nie w sensie zagłady fizycznej – lecz koniec świata naszych wyobrażeń. Innymi słowy, nastąpiłby koniec opowieści, jaką ludzkość od wieków snuje o swojej wyjątkowości i bezpiecznym miejscu w kosmicznym porządku. Nietrudno zrozumieć, dlaczego – jeśli powyższy scenariusz jest choć odrobinę prawdziwy – władze mogą woleć za wszelką cenę nie uchylać rąbka tajemnicy. Jak ujął to jeden z komentatorów, rozwijając „najmroczniejszą teorię” o UFO: „Być może rządzący rozpaczliwie coś przed nami ukrywają… i może wcale nie chodzi o to, że prawda jest zbyt cudowna – ale o to, że jest zbyt mroczna.”.
Być może rządzący rozpaczliwie coś przed nami ukrywają… i może wcale nie chodzi o to, że prawda jest zbyt cudowna – ale o to, że jest zbyt mroczna.