III wojna światowa i narodziny „nowego człowieka”
Z uwagi na dynamiczny rozwój sytuacji część informacji oraz danych może być nieaktualna gdy to czytasz.
T
eza: Po upadku ZSRR w 1991 r. świat wszedł w fazę wyjątkowej unipolarności – historycznej anomalii polegającej na globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych. Okres ten, określany mianem Pax Americana, charakteryzował się bezprecedensową koncentracją władzy militarnej, gospodarczej i technologicznej w jednym ośrodku. Jednak trzy dekady później ład ten podlega głębokiemu resetowi: rozpoczęła się wojna systemowa o kształt architektury geopolitycznej XXI wieku. Tradycyjne mechanizmy multilateralnej współpracy słabną, a świat dzieli się na rywalizujące bloki wpływów. Wojna w Ukrainie tylko uwidoczniła te pęknięcia – swoiście konsolidując Zachód przeciw agresji Rosji, lecz zarazem nasilając globalne „buntowanie się” reszty świata przeciw dominacji Zachodu. Według obserwatorów takich jak Fiona Hill, wiele państw Globalnego Południa postrzega apele USA i Europy o solidarność jako próbę narzucenia im cudzych problemów. W rezultacie rozległy pas krajów od Eurazji po Afrykę zbliża się politycznie i gospodarczo do Chin i Rosji, oddalając się od dotychczasowego ładu z przewagą Zachodu.
Struktura: Poniższa analiza wyjaśnia najpierw pojęcie wojny systemowej i przedstawia jej historyczne przykłady, pokazując jak wielkie konflikty (np. wojny światowe) resetowały hierarchię mocarstw. Następnie omówiony zostanie fenomen I i II wojny światowej jako jednego ciągłego starcia o nowy porządek (1914-1945) zakończonego narodzinami Pax Americana. Kolejna część opisze ową Pax Americana jako anomalię oraz okoliczności jej końca – przejście do świata wielobiegunowego i obecnej wojny systemowej. Przedstawione zostaną główne bloki geopolityczne kształtujące się dziś na świecie. Szczególny nacisk położono na czynnik europejski: sytuację społeczną, napięcia kulturowe i możliwe przesunięcia polityczne w Europie, które mogą wpłynąć na wynik globalnej rozgrywki. W dalszej części omówiona zostanie rewolucja sztucznej inteligencji jako nowa logika prowadzenia wojny oraz przewidywane wstrząsy społeczne spowodowane technologicznym bezrobociem. Następnie analizujemy zjawisko fuzji człowieka z AI – narodziny „człowieka 2.0” – i jego potencjalne konsekwencje dla ładu społeczno-politycznego. Na koniec wskazane zostaną główne teatry geopolityczne i horyzont czasowy obecnej wojny systemowej, po czym zarysujemy ogólne wnioski: koniec unipolarności oznacza powrót koncertu mocarstw, a stabilność Europy oraz zdolność stworzenia adekwatnych instytucji polityczno-prawnych (być może nawet dla nowych, hybrydowych ludzi) staną się czynnikami krytycznymi.
Czym jest wojna systemowa?
Wojna systemowa to konflikt, który wykracza poza spór o granice czy terytoria – stawką jest układ funkcji i hierarchia w całym systemie międzynarodowym. Innymi słowy, strony walczą o to, kto będzie centrum światowego kapitału, technologii, ideologii i prawomocnej przemocy. Taka wojna rozstrzyga, które państwo (lub koalicja) ustanowi nowy porządek reguł regulujących handel, finanse, bezpieczeństwo i normy polityczne na kolejne dekady. Celem jest zdobycie pozycji hegemonicznej – roli „architekta” systemu – lub przeciwnie, zablokowanie takiej hegemonii przez rywala.
Kluczową cechą wojny systemowej jest to, że nie kończy się ona wyłącznie zmianą granic, lecz resetem hierarchii: następuje wymiana elit dominujących w świecie, przetasowanie podziału pracy ekonomicznej i militarnej między regionami, a często także wprowadzenie nowych instytucji i idei legitymizujących ład po konflikcie. Poprzedni system zostaje zastąpiony nowym – przykładowo, dotychczasowy rdzeń finansowy czy technologiczny traci przewagę na rzecz innego ośrodka.
Wojny systemowe bywają długotrwałe lub obejmują ciągi konfliktów, które łącznie składają się na okres wielkiej transformacji ładu światowego. Zwykle biorą w nich udział wszystkie kluczowe mocarstwa danej epoki, a wynik przeobraża reguły gry dla całego świata (porównywalnie do wielkich rewolucji, ale na skalę globalną). W kolejnych sekcjach zobaczymy, jak to wyglądało historycznie.
Historyczne wojny systemowe
W dziejach nowożytnych można wskazać kilka wojen o charakterze systemowym – za każdym razem stawką był nowy porządek światowy, a efektem reset hierarchii mocarstw oraz reguł ekonomicznych:
- Wojna trzydziestoletnia (1618-1648): Konflikt religijny i polityczny, który spustoszył Europę Środkową, zakończony pokojem westfalskim. Rezultat systemowy: ustanowienie zasady suwerennych państw narodowych (ład westfalski) – odtąd państwa uznały wzajemnie swoją niezależność wewnętrzną. Ponadto okres ten utorował drogę kapitalizmowi handlowemu: po Westfalii nastąpił rozkwit dominacji morskich potęg kupieckich (Holandia, a później Anglia) nad handlem światowym. Nowy system opierał się na suwerennych państwach prowadzących wymianę handlową, zamiast uniwersalnego imperium feudalnego.
- Wojny rewolucyjne i napoleońskie (1792-1815): Seria konfliktów między rewolucyjną Francją a koalicjami monarchii europejskich. Rezultat: ostateczny kres feudalizmu i ancien régime w Europie oraz triumf zasad równości obywateli wobec prawa (Kodeks Napoleona) – co sprzyjało kapitalizmowi przemysłowemu. W wymiarze geopolitycznym nastąpił wzrost znaczenia Wielkiej Brytanii, która dzięki rewolucji przemysłowej i zwycięstwu pod Waterloo stała się centrum globalnej gospodarki. XIX-wieczny porządek (Concert of Europe po Kongresie Wiedeńskim) stabilizował rywalizację mocarstw, a model brytyjski – liberalny handel morski, standard złota, imperium kolonialne – stał się wzorem światowym.
- I wojna światowa (1914-1918): Pierwsze totalne starcie ery przemysłowej, obejmujące większość wielkich potęg. Była to wojna o to, kto zdominuje centrum kapitalizmu przemysłowego. Rezultat: rozpad czterech wielkich imperiów (Hohenzollernów, Habsburgów, Osmanów i Romanowów), powstanie nowych państw narodowych w Europie (m.in. Polska, państwa bałtyckie, Czechosłowacja) oraz przejściowe osłabienie Europy na rzecz wzrostu wpływów USA. Choć I wojna nie wyłoniła od razu trwałego hegemona, to dramatycznie przetasowała hierarchię – stary porządek XIX-wiecznych monarchii został zniszczony.
- II wojna światowa (1939-1945): Najbardziej totalny konflikt w historii, który dopełnił dzieła rozpoczętego w 1914 r. Rezultat: całkowity reset systemu. Dawne mocarstwa Europy (Wielka Brytania, Francja) zostały zdeklasowane, a dwie nowe superpotęgi – USA i ZSRR – zdominowały globalną scenę. Ustanowiono nową architekturę finansową i polityczną: konferencja w Bretton Woods (1944) stworzyła system dolarowy (USA zagwarantowały wymienialność dolara na złoto i uczyniły swą walutę główną rezerwową świata), zaś powołanie ONZ i innych instytucji powojennych wprowadziło ramy Pax Americana. Stany Zjednoczone wyszły z wojny jako hegemon ekonomiczny (w 1945 r. posiadały większość światowych rezerw złota i ogromną przewagę przemysłową) i militarny, ustanawiając porządek oparty na liberalnym handlu, planie Marshalla i gwarancjach bezpieczeństwa dla sojuszników.
Widzimy zatem, że każda z tych wojen systemowych nie tyle przerysowała mapę granic, co raczej zmieniła reguły gry w systemie międzynarodowym – od suwerenności państw po architekturę finansową – oraz wyłoniła nowych liderów (Haga/Londyn po 1648, Londyn po 1815, Waszyngton po 1945).
I i II wojna światowa jako jedna długa wojna (1914-1945)
Choć zwyczajowo traktujemy I i II wojnę światową jako odrębne konflikty, wielu historyków i geopolityków postrzega okres 1914-1945 jako ciągłą, drugą „wojnę trzydziestoletnią”. Według tej interpretacji traktat wersalski z 1919 r. nie był prawdziwym pokojem, lecz jedynie dwudziestoletnim zawieszeniem broni w wielkiej rozgrywce. Przyczyny, dla których wybuchła I wojna – rywalizacja imperialna, niezaspokojone ambicje Niemiec, przesunięcie środka ciężkości przemysłowego świata – nie zostały usunięte w Wersalu. Wręcz przeciwnie, upokorzenie i osłabienie Niemiec po 1918 r. stworzyło warunki dla rewanżu, który nastąpił w 1939 r.
Z perspektywy geopolitycznej lata 1914-1945 stanowiły jeden globalny konflikt hegemoniczny. Toczył się on przede wszystkim między pretendentem do dominacji – Niemcami – a broniącymi starego ładu mocarstwami morskimi (Wielka Brytania, częściowo Francja) oraz rosnącą potęgą zamorską, USA. Stawka była jasna: kto przejmie schedę po słabnącym Imperium Brytyjskim i stanie się nowym centrum światowego systemu. Niemcy dwukrotnie próbowały zbrojnie przełamać istniejącą hierarchię i zdobyć hegemoniczny status w Europie i poza nią – dwukrotnie zostały pokonane, ale dopiero za drugim razem (w 1945) rozwiązano problem definitywnie.
Peter J. Taylor opisuje tę rywalizację jako „wojnę trzydziestoletnią” o dziedzictwo Imperium Brytyjskiego – traktat wersalski był tylko rozejmem, a ostateczne rozstrzygnięcie nastąpiło dopiero w 1945 r. W jego ujęciu zwycięstwo USA (wraz z sojusznikami) w II wojnie zakończyło epokę walki o prymat przemysłowy: Stany Zjednoczone zdobyły globalną hegemonię, lecz niemal natychmiast wyzwanie rzucił im nowy konkurent ideologiczny – ZSRR, co zapoczątkowało zimną wojnę. Ta zaś trwała do 1991 r., czyli do upadku ZSRR, kiedy to USA po raz pierwszy w dziejach osiągnęły pozycję jednoznacznie dominującego hegemona światowego.
Innymi słowy, I i II wojna to dwa akty jednego dramatu: konfliktu o to, jakie zasady mają rządzić światowym systemem industrialnym i kto będzie ich strażnikiem. Dramaturgia tego okresu jest spójna: od starcia monarchii i demokracji przemysłowych 1914-18, przez nieudany eksperyment ładu wersalskiego i Wielki Kryzys, po pojedynek demokracji z totalitaryzmami 1939-45. Wynikiem finalnym było wykucie nowego systemu z USA na szczycie – od dolarowej gospodarki Bretton Woods po powstanie ONZ, NATO i innych elementów powojennego ładu.
Ta perspektywa uświadamia, że „III wojna światowa” nie musi oznaczać jednorazowego globalnego kataklizmu, lecz może przybrać formę rozciągniętej w czasie rywalizacji (wojny i pokoju przeplatanego kryzysami) o nowy kształt systemu. Możliwe, że obecnie znajdujemy się właśnie w początkowej fazie takiej długiej, globalnej konfrontacji systemowej – analogicznej do lat 1914-1945 – której rezultat poznamy dopiero za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.
Pax Americana jako historyczna anomalia
Triumf Stanów Zjednoczonych w 1945 r. (a dopełniony w 1991 r. po rozpadzie ZSRR) zapoczątkował okres jednobiegunowej dominacji – Pax Americana – który z historycznego punktu widzenia jest ewenementem. Po raz pierwszy od jedno mocarstwo osiągnęło tak wielką przewagę, że mogło pełnić równocześnie niemal wszystkie kluczowe funkcje hegemoniczne na skalę globalną:
- Waluta i finanse: Dolar amerykański stał się powszechną walutą rezerwową świata. Już umowa z Bretton Woods ustanowiła dolara główną kotwicą systemu walutowego, zastępując funta brytyjskiego. Mimo odejścia od parytetu złota w 1971 r., status dolara utrzymał się dzięki sile gospodarki USA i powiązaniu handlu surowcami (np. ropa naftowa – petrodolar) z rozliczeniami w USD. Do dziś około 80% transakcji na rynku ropy odbywa się w dolarach. To daje USA potężny wpływ finansowy – kontrolę nad globalną podażą pieniądza, możliwość nakładania sankcji (odcięcie od SWIFT, blokada rezerw) i finansowania swojego deficytu drukiem waluty światowej.
- Bezpieczeństwo i szlaki handlowe: Marynarka wojenna USA (US Navy) po 1945 r. objęła kontrolą najważniejsze szlaki morskie, gwarantując swobodę handlu międzynarodowego (global commons). Amerykańskie sojusze wojskowe (NATO, traktaty z Japonią, Koreą Płd., ANZUS itp.) zapewniały parasol bezpieczeństwa nad kluczowymi regionami. W efekcie Pax Americana stworzyła bezprecedensowo stabilne ramy dla globalizacji – handel i inwestycje mogły rozwijać się przy relatywnie niskim ryzyku konfliktu między wielkimi mocarstwami (sama zimna wojna była groźna, ale bezpośrednie starcie supermocarstw nie nastąpiło).
- Soft power i ideologia: Stany Zjednoczone promowały na całym świecie model liberalnej demokracji, wolnego rynku i kultury masowej (Hollywood, popkultura, internet). Język angielski stał się lingua franca globalnej komunikacji. Instytucje takie jak ONZ, MFW, Bank Światowy, a później WTO, zostały zaprojektowane według zachodnich (amerykańskich) wartości i norm. Władza USA przejawiała się nie tylko militarnie, lecz też w narzucaniu narracji, trendów kulturowych i standardów edukacji czy nauki.
- Architektura gospodarcza (globalizacja): Pod amerykańskim patronatem zbudowano system wzajemnie powiązanych gospodarek o wyspecjalizowanych rolach. Można go uprościć następująco: Chiny stały się „fabryką świata” (dzięki ogromnej sile roboczej i inwestycjom zagranicznym), Europa Zachodnia – centrum zaawansowanego przemysłu, technologii i stabilizowany rynek (beneficjent Planu Marshalla, a potem integracji europejskiej pod parasolem USA), Europa Środkowo-Wschodnia (po 1989) – zapleczem produkcyjnym i usługowym (tańsza, wykształcona siła robocza, np. montownie, centra IT) dla bogatszych partnerów, Bliski Wschód, Afryka, Ameryka Łacińska – dostarczyciele surowców i rynki wschodzące. Oczywiście to uproszczenie, ale oddaje logikę: globalizacja lat 1990-2010 przypominała układ, w którym każdy region miał przypisaną funkcję w globalnym łańcuchu wartości pod nadzorem instytucji z Bretton Woods.
- Koncentracja funkcji hegemonicznych: Wcześniej, nawet w okresie Pax Britannica (XIX w.), hegemon (UK) dzielił pewne funkcje z innymi – np. imperium brytyjskie dominowało na morzu i finansach, ale technologicznie i przemysłowo rywalizowała z nim np. Niemcy czy USA już pod koniec XIX w. Natomiast po 1991 r. USA stały się jedynym supermocarstwem militarnym i ekonomicznym i naukowo-technologicznym. Tak szerokiej przewagi jedno państwo nie miało nigdy. W połowie lat 90. amerykańska gospodarka stanowiła ok. 25% światowego PKB, dysponowała najnowocześniejszymi technologiami (Silicon Valley), a budżet obronny USA przewyższał łączny budżet kolejnych kilkunastu państw. Ten „unipolarny moment” dawał wrażenie, że historia się zakończyła – liberalna demokracja pod egidą USA miała rzekomo nie mieć konkurentów.
Warto podkreślić, że Pax Americana była stabilna dzięki akceptacji wielu uczestników systemu – sojusznicy USA czerpali z niej korzyści (bezpieczeństwo, dostęp do rynku amerykańskiego, rozwój w cieniu potęgi USA). Unipolarność lat 90. i 2000. jawiła się jako szansa na dobrobyt dla miliardów ludzi (wejście Chin do WTO, boom rynków wschodzących). Jednak było to odchylenie od normy – historyczne układy międzynarodowe z reguły były multipolarne lub bipolarne. Dlatego pojawienie się wyzwań dla dominacji USA było kwestią czasu.
Koniec unipolarności i obecna wojna systemowa
Mniej więcej od połowy lat 2010. stało się jasne, że era unipolarna dobiega końca. Proces ten przyspieszyły dwie główne grupy czynników: wzrost potęgi Chin (i ogólnie Azji) oraz działania samych Stanów Zjednoczonych, które zaczęły modyfikować – a nawet podkopywać – stworzony przez siebie porządek globalizacyjny.
Po pierwsze, globalizacja przestała być neutralnym mechanizmem zysku wspólnego, a zaczęła być używana jako narzędzie nacisku geopolitycznego. W miarę jak USA traciły relatywną przewagę gospodarczą, zaczęły sięgać po środki takie jak wojny handlowe, cła, sankcje sektorowe czy blokady technologiczne wobec rywali. Przykłady: w 2018 r. administracja Donalda Trumpa nałożyła karne cła na Chiny (początek otwartej wojny handlowej); od 2014 r. i intensywniej po 2022 r. Zachód nakłada kolejne sankcje gospodarcze na Rosję; USA naciskają na sojuszników, by blokowali chińskie koncerny technologiczne (np. Huawei przy budowie sieci 5G) oraz wprowadzili zakazy eksportu zaawansowanych chipów do Chin. Globalne przepływy kapitału i towarów – niegdyś swobodne – stały się orężem: decoupling, sankcje, czarne listy firm (jak SMIC, Huawei) to przejawy „ekonomicznego pola walki”.
Po drugie, Stany Zjednoczone same wystąpiły w pewnym sensie jako „rewizjonista” dotychczasowego ładu, który przecież same zaprojektowały. Zrozumiały bowiem, że dotychczasowy układ – korzystny po zimnej wojnie – zaczął premiować wschodzących konkurentów kosztem amerykańskiej hegemonii. Przejawami tego były: ogłoszenie „pivotu” na Indo-Pacyfik (za Obamy), sygnalizującego priorytet powstrzymywania Chin; wycofanie się USA z części wielostronnych umów (Trump zerwał np. TPP – transpacyficzne partnerstwo handlowe – oraz porozumienie klimatyczne, a groził WTO); renegocjacja NAFTA (na USMCA) na twardszych warunkach; wreszcie wspomniane wojny celne i ograniczenia eksportu high-tech. Można rzec, że USA przestały być strażnikiem całkowicie otwartego systemu, a zaczęły korygować globalizację tak, by spowolnić wzrost rywali.
Tymczasem epicentrum światowej gospodarki przesunęło się do Azji. Liczby mówią same za siebie: Chiny stały się potęgą przemysłową nr 1 – odpowiadają już za ok. 31% globalnej produkcji wytwórczej, podczas gdy USA to ok. 16-17%, a całe UE ok. 15%. Jeszcze w 1990 r. udział Chin był symboliczny. Azja jako całość generuje (w parytecie siły nabywczej) blisko połowę światowego PKB i wyprzedziła pod tym względem zarówno Europę, jak i Amerykę Płn. – co więcej, w PPP Azja produkuje już ponad dwa razy większą wartość dóbr i usług niż cała Europa. Krótko mówiąc, ciężar ekonomiczny, a wraz z nim technologiczny (patrz rozwój elektroniki, AI w Chinach, Indiach, Korei itp.) przechylił się na Wschód. To fundamentalne wyzwanie systemowe: dotychczasowy hegemon (USA) stoi przed faktem, że główny rywal (Chiny) dysponuje czterokrotnie liczniejszą populacją i gospodarką realnie już porównywalną lub większą (w PKB PPP). Taka asymetria potencjału na niekorzyść hegemona jest nie do utrzymania bez zmiany architektury.
W rezultacie tych trendów obecny konflikt systemowy przybrał formę rywalizacji bloków geopolitycznych o przeciwstawnych wizjach ładu. Globalizacja nie znikła – ale pękła na kilka segmentów, bardziej zamkniętych i skonfliktowanych. Sankcje i bariery przyspieszają fragmentację dawnej jednolitej przestrzeni gospodarczej.
Współczesne bloki geopolityczne
Wyłania się nowa struktura wielobiegunowa, w której można wyróżnić cztery główne układy sił:
- Blok atlantycki (Zachodni): Skupia tradycyjne demokracje rozwinięte – USA, Kanadę, Europę (UE oraz Wielką Brytanię), Japonię, Koreę Płd., Australię i kilka pomniejszych sojuszników (np. Nową Zelandię). To koalicja powiązana formalnymi sojuszami wojskowymi (NATO w Europie, traktaty dwustronne USA z Azją) oraz systemem finansowo-instytucjonalnym (MFW, OECD, G7). Blok ten kontroluje wciąż lwią część światowych finansów (dominacja dolara, euro, funta, jena) i technologii wysokiej klasy (półprzewodniki – tu kluczowe są także Tajwan i Korea, które są po stronie USA). Jego atutem jest sieć sojusznicza – to właściwie dawne centrum Pax Americana. Celem bloku atlantyckiego (przynajmniej w teorii) jest obrona dotychczasowego ładu opartego na regułach pisanych w Waszyngtonie i Brukseli, ale także rekonsolidacja łańcuchów dostaw tak, aby uniezależnić się od Chin (polityka „de-riskingu”, czyli dywersyfikacji dostaw strategicznych komponentów poza ChRL).
- Blok eurazjatycki: Jego rdzeniem jest coraz ściślejsza współpraca Chin, Rosji i Iranu – trzech mocarstw kontestujących hegemonię USA. Formalnie nie są sojuszem (brak traktatu trójstronnego), ale łączy je interes w osłabieniu Zachodu i przebudowie ładu pod własne dyktando. Chiny są tu gigantem ekonomicznym i technologicznym, Rosja dostawcą surowców i potęgą wojskową (nuklearną), Iran graczem regionalnym na Bliskim Wschodzie, który od lat obchodzi sankcje USA. W ich orbitę wciągane są inne państwa: Korea Płn. jawnie satelituje wobec Pekinu (i Moskwy) jako „oskubany” pionek przeciw USA w Azji Wsch.; część państw Azji Centralnej współpracuje z Chinami i Rosją (choć niechętnie oddaje suwerenność, balansując); Pakistan zacieśnia więź z Chinami (korytarz gospodarczy, broń) przy jednoczesnym tradycyjnym animozjach z USA; w świecie arabskim Syria jest blisko Iranu i Rosji. Ten blok ma charakter mniej formalny, ale coraz gęstszy – np. wspólne ćwiczenia wojskowe, współpraca wywiadowcza, dzielenie się technologiami (Chiny potencjalnie dostarczają komponenty Rosji mimo sankcji). Ideologicznie łączy ich niechęć do „ingerencji Zachodu” (retoryka suwerenności bez praw człowieka) i dążenie do wielobiegunowości. Chiny i Rosja mówią wręcz o partnerstwie „bez granic” (deklaracja z lutego 2022 r., tuż przed inwazją na Ukrainę). Trzeba zaznaczyć, że nie jest to monolit – są między nimi różnice interesów – lecz sytuacja strategiczna pcha ich do współdziałania. Cel bloku eurazjatyckiego: wypchnięcie USA z pewnych regionów (np. Rosja chce osłabić NATO i wpływy USA w Europie, Chiny – dominacji US Navy na zachodnim Pacyfiku), stworzenie alternatywnych instytucji finansowych (juan, kryptowaluty, systemy płatności) i ogólnie podważenie dominacji dolara oraz narracji Zachodu na świecie. Jak ujęła to Fiona Hill, wiele państw globalnego Południa widzi działania Chin/Rosji jako „bunt przeciw zbiorowemu Zachodowi narzucającemu swoje dyskursy”.
- Indie – biegun autonomii (z wyraźnym przechyłem na Wschód): Indie pozostają formalnie „niezaangażowane”, ale w praktyce pogłębiły wiązania z Moskwą i odmroziły relacje z Pekinem. Po 2022 r. New Delhi stało się kluczowym odbiorcą rosyjskiej ropy (w tym przy rozliczeniach poza USD, m.in. w juanach), a mimo presji Zachodu zwiększało zakupy surowców z Rosji i zacieśniało współpracę gospodarczą oraz transportową w korytarzu INSTC przez Iran. Równolegle handel z Chinami osiągnął rekordowe poziomy, a po serii rozmów w 2024 r. i 2025 r. doszło do taktycznego „odprężenia” (m.in. decyzja o wznowieniu bezpośrednich lotów i ramowe porozumienia ograniczające napięcia graniczne) – co nie usuwa strategicznej rywalizacji, ale przesuwa ciężar z otwartego antagonizmu na pragmatyczną koegzystencję. Jednocześnie Indie nadal grają na dwóch fortepianach: utrzymują format Quad i więzi z USA oraz Japonią, ale praktyka gospodarcza i energetyczna z ostatnich lat świadczy o coraz większym zakotwiczeniu w ekosystemie BRICS+/Eurazji. W efekcie — także na skutek presji taryfowo-sankcyjnej Zachodu — amerykańska polityka niekiedy niechcący „pcha” New Delhi w stronę koalicji balansującej USA, choć Delhi konsekwentnie nazywa to „multi-alignment” i zachowuje możliwość zwrotu, jeśli rachunek strategiczny się zmieni.
- Globalne Południe (reszta świata): Olbrzymia grupa krajów Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej formalnie niezaangażowanych w sojusze. Większość z nich stara się unikać opowiedzenia po którejś stronie i prowadzi politykę maksymalnych korzyści (np. kupować taniej energię od Rosji, ale jednocześnie korzystać z zachodnich rynków). Jednak widoczny jest trend dryfu w stronę Chin/BRICS+. Wiele państw rozwijających się postrzega Chiny jako źródło inwestycji w infrastrukturę (Inicjatywa Pasa i Szlaku – BRI), kredytów rozwojowych i alternatywnych instytucji finansowych (Nowy Bank Rozwoju BRICS). BRICS samo się rozszerza – chęć dołączenia wyraziło ~19 państw, w tym takie gospodarki jak Arabia Saudyjska, Iran, Indonezja, Nigeria, Argentyna. Blok BRICS obecnie stanowi ok. 41% ludności i ~¼ światowego PKB, a po planowanym rozszerzeniu jeszcze zyska. W głosowaniach ONZ wiele krajów Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji unika potępiania Rosji za wojnę – co odzwierciedla ich bardziej przychylne spojrzenie na narrację Chin/Rosji o „prawie do własnej drogi”. Jak pokazują badania, 70% populacji Globalnego Południa ma pozytywny stosunek do Chin, a 66% do Rosji (przy równoczesnym bardzo negatywnym postrzeganiu tych państw przez obywateli Zachodu). To dramatyczny rozjazd percepcji. Oznacza to, że Globalne Południe staje się polem rywalizacji – Zachód próbuje utrzymać wpływy poprzez pomoc, handel i apel do wartości (demokracja, prawa człowieka), ale Chiny i Rosja zyskują poparcie dzięki narracji antykolonialnej i oferowaniu konkretnych korzyści gospodarczych bez warunków politycznych.
Podsumowując, porządek ulega regionalizacji. Tradycyjne instytucje globalne (WTO, G20, ONZ) są areną sporów i paraliżu – system multilateralny kruszeje. W jego miejsce kształtuje się świat stref wpływów, bardziej przypominający XIX wiek niż jednolitą „globalną wioskę” sprzed dwóch dekad. To sprzyja wybuchowi konfliktów pośrednich, napięć handlowych i lokalnych wojen – czyli ogólnie zwiększa nieprzewidywalność i chaos globalny. Można powiedzieć, że wkraczamy w fazę „negocjowania nowej architektury” przez próbę sił, sankcje i alianse – a to właśnie istota wojny systemowej.
Czynnik europejski: społeczeństwo, religia/etnos, polityka
Jednym z kluczowych pól, które zadecydują o rezultacie obecnej globalnej rozgrywki, jest Europa. Kontynent ten – rdzeń sojuszu atlantyckiego i druga co do wielkości gospodarka świata (UE) – sam przechodzi wewnętrzne wstrząsy. Stabilność lub rozchwianie Europy wpłynie na siłę bloku Zachodu w konfrontacji z resztą. Dlatego warto zbadać dynamikę wewnętrzną europejskich społeczeństw i polityki, w trzech powiązanych wymiarach:
- Niezadowolenie społeczne i spadek zaufania: Europejczycy odczuwają skutki kolejnych kryzysów – finansowego 2008, pandemicznego 2020, a ostatnio energetyczno-inflacyjnego związanego z wojną na Ukrainie. Koszty życia gwałtownie wzrosły, inflacja w szczycie 2022/23 osiągała ~10% (rekord od dziesięcioleci), ceny energii i paliw poszybowały. W efekcie nastąpiła fala protestów społecznych. Przykładowo jesienią 2022 na ulice Paryża wyszło prawie 100 tys. osób przeciw drożyźnie, strajki objęły sektor energetyczny i transportowy. Sondaż Ifop wykazał wtedy, że 75% Francuzów spodziewa się „eksplozji społecznej” – masowych buntów – a połowa przyznała, że „ma dość” obecnej sytuacji. Podobne nastroje pojawiły się w Niemczech (demonstracje przeciw polityce rządu Scholza, gdzie najgłośniej protestowała AfD pod hasłami „Ochrony przed inflacją”), w Czechach (wspólny marsz prawicy i komunistów przeciw cenom energii i przeciw NATO/UE), we Włoszech, Austrii, Mołdawii i innych krajach. Do tego doszło ogólne zmęczenie ograniczeniami i poczucie niepewności. Zaufanie do instytucji i elit spada – jak ujął to socjolog Ernesto Ganuza, „rosnący brak zaufania do polityków oraz poczucie, że przyszłość będzie bardzo trudna, stanowią pożywkę dla partii skrajnych”. Rzeczywiście, strach zastąpił optymizm sprzed lat. Ten kryzys zaufania oznacza, że w wielu państwach tradycyjne centrowe rządy tracą poparcie, a rosną nastroje antyestablishmentowe.
- Napięcia religijno-etniczne (pełzające): Europa boryka się też z wyzwaniami społeczeństw wielokulturowych. Masowa imigracja ostatnich dwóch dekad (szczególnie kryzys uchodźczy 2015) stworzyła nowe linie podziału. W wielu krajach narasta polaryzacja wokół kwestii migracji, tożsamości narodowej, religii i bezpieczeństwa wewnętrznego. Media nagłaśniają incydenty na tle rasowym, religijnym, etnicznym – od aktów terroru islamskiego ekstremizmu, przez ekscesy skrajnej prawicy, po napięcia na tle obyczajowym (np. spory o miejsca muzułmańskiej modlitwy, o prawo szariatu vs. laickość państwa). Według badań większość Europejczyków uważa, że dyskryminacja rasowa/etniczna to powszechny problem w ich kraju. Już w 2016 r. 82% Niemców wyrażało obawy przed wzrostem przestępczości wraz z napływem uchodźców, a 74% bało się ataków terrorystycznych – co podsycało poparcie dla ugrupowań antyimigracyjnych. Publiczna debata stała się bardzo emocjonalna. Z jednej strony – siły liberalne bronią wartości tzw „otwartego społeczeństwa”, z drugiej – rośnie odsetek obywateli popierających partie nacjonalistyczne, antyimigracyjne, suwerenistyczne. Incydenty (zamachy terrorystyczne, zamieszki na tle etnicznym, skandale związane z nieudanym multikulti) są politycznie wykorzystywane, co wywołuje presję na elity polityczne do zaostrzenia kursu. W wielu krajach doszło już do uszczelnienia polityki azylowej, wzrostu wydaleń imigrantów bez prawa pobytu, debat o „obronie europejskiej tożsamości”. Te nastroje mają charakter pełzający – nie wybuchły dotąd w otwarty konflikt, ale stale narastają i mogą w pewnej chwili przełożyć się na poważny kryzys polityczny albo „woltę” opinii publicznej w stronę ugrupowań skrajnych. Należy pamiętać, iż jak mówi prof. Kishore Mahbubani boom demograficzny z Afryki jest największym zagrożeniem dla Zachodniej Europy w nadchodzących latach.
- Tektonika polityczna – zwrot suwerenistyczny: Powyższe zjawiska już przekładają się na zmiany polityczne. Europa stoi przed realną możliwością, że w najbliższych latach do władzy wejdą (lub utrwalą ją) ugrupowania dotąd pozostające w opozycji, odwołujące się do haseł suwerenności narodowej, często eurosceptyczne i przychylne relacjom z Rosją czy Chinami. Kilka przykładów:
- W Niemczech prawicowa AfD po lutowych wyborach federalnych 2025 (20,8% i drugie miejsce) przebiła sufit sondażowy i od lata 2025 prowadzi lub remisuje na poziomie ~26–27%, chwilami wyprzedzając blok CDU/CSU o 2–3 pkt proc. (Forsa/Europa Elects). Trend wzmacniają kolejne sukcesy w wyborach landowych i lokalnych (m.in. NRW we IX 2025 – silny wzrost z niskiej bazy), co zwiększa presję na „kordon sanitarny” wobec AfD, choć na poziomie federalnym rząd nadal tworzy CDU/CSU (kanclerz Friedrich Merz). Polityczny sens: nawet bez wejścia do rządu w Berlinie, AfD realnie przesuwa oś debaty, forsując ostrzejszy kurs migracyjny, krytykę sankcji i większy suwerenizm gospodarczy.
- We Francji ugrupowanie Marine Le Pen (Zjednoczenie Narodowe) ugruntowało pozycję głównej siły opozycyjnej. Le Pen w 2022 zdobyła 41,5% głosów w II turze prezydenckiej – jej najlepszy wynik – i ma realne szanse na prezydenturę w 2027. Choć złagodziła retorykę (już nie postuluje Frexitu otwarcie), to jej dojście do władzy oznaczałoby prawdopodobnie ocieplenie relacji z Moskwą (z którą RN miało tradycyjne sympatie), twardszą politykę protekcjonistyczną i antagonistyczną wobec Brukseli w kwestiach migracji czy prymatu prawa UE.
- W Holandii antyimigracyjna Partia Wolności (PVV) Geerta Wildersa również pozostaje istotnym graczem – dotąd blokowana w rządzeniu, ale klimat społeczny (zwłaszcza po zamieszkach i kryzysie azylowym) sprzyja jej wzrostom. W jesiennych wyborach 2023 partia Wildersa niespodziewanie zajęła pierwsze miejsce.
- W Włoszech z kolei już od 2022 rządzi narodowo-konserwatywna Giorgia Meloni (Bracia Włosi, FdI) – co prawda dotąd prowadzi politykę raczej proatlantycką i proukraińską, ale pozostaje eurosceptyczna i stoi na czele koalicji, gdzie partnerzy (Salvini z Ligii) są otwarcie prorosyjscy. Jeśli warunki gospodarcze się pogorszą, Włochy mogą łatwo zboczyć na kurs kolizyjny z Brukselą (np. w sprawach dyscypliny budżetowej, polityki wobec Chin – Włochy były jedynym krajem G7, który przystąpił do chińskiej inicjatywy BRI).
- Podobne trendy widać w Hiszpanii, Szwecji, Finlandii, Austrii – tam partie suwerenistyczne również zyskują lub już współrządzą (jak Szwedzcy Demokraci wspierający rząd).
- W Polsce w 2023 wprawdzie wybory wygrała opozycja demokratyczna, ale wcześniej rządząca partia (PiS) flirtowała z eurosceptycyzmem i także utrzymywała stosunki z Le Pen czy Orbanem, a u podstaw jej popularności leżał również bunt przeciw liberalnym elitom.
Wspólny mianownik tych ugrupowań to suwerenizm – tj. postulat większej niezależności państwa od zewnętrznych ograniczeń (Brukseli, Waszyngtonu), zwłaszcza w polityce gospodarczej i migracyjnej. W praktyce wiele z nich głosi hasła: „Najpierw własny naród”, sceptycyzm wobec globalizmu, klimat protekcjonistyczny („ocalić przemysł przed tanią konkurencją”), niechęć do sankcji jeśli szkodzą krajowej gospodarce (np. drogi gaz), otwartość na interesy z Chinami czy Rosją jeżeli to opłacalne. Z perspektywy USA – które liczą na jednolitą postawę sojuszników przeciw Rosji/Chinom – sukces takich partii w Europie, który wydaje się jedynie kwestią czasu, grozi rozbiciem wspólnego frontu.
- „Bruksela vs stolice” – napięcie integracyjne: Nawet jeśli eurosceptycy nie wszędzie dojdą do władzy, to sama presja, jaką wywierają na główne nurty, już wpływa na politykę UE. Istnieje rosnąca rozbieżność między oficjalną linią Brukseli (Komisji Europejskiej, kierownictwa UE), a praktyką poszczególnych państw członkowskich. Instytucjonalnie UE zachowuje kurs atlantycki i jedność sankcyjną (przedłuża sankcje na Rosję, popiera Ukrainę, pracuje nad kontrolą inwestycji chińskich itd.), ale niektóre rządy narodowe zaczynają „robić swoje”:
- Węgry (premier Orban) jawnie sabotują część sankcji na Rosję, blokują pomoc wojskową dla Ukrainy w UE, ocieplają stosunki z Chinami (węgierski rząd przyjął Huawei do 5G, wspiera chiński uniwersytet w Budapeszcie). Orban otwarcie mówi o „zmęczeniu wojną” i konieczności układu z Rosją.
- Grecja, Cypr – sprzeciwiały się pewnym sankcjom morskim (tankowce) ze względu na własne interesy floty.
- Niemcy mimo zmiany polityki (Zeitenwende Scholza) i tak starają się chronić swoje biznesy – np. długo zwlekali z rezygnacją z Huaweia w 5G, a wielki koncern VW ostrożnie lobbuje przeciw zerwaniu więzi z Chinami (Chiny to główny rynek zbytu dla ich aut).
- Francja (prezydent Macron) wysyła sygnały „strategicznej autonomii” – Macron w 2023 po wizycie w Pekinie mówił, że Europa nie powinna „być wasalem USA” w sprawie Tajwanu, sugerując odrębną od Amerykanów politykę wobec Chin.
- Włochy za rządów Draghiego były proukraińskie, ale kolejny rząd Meloni też balansuje.
- Turcja (choć poza UE, to członek NATO) prowadzi własną grę: nie przyłączyła się do sankcji, a jednocześnie sprzedaje drony Ukrainie – typowy przykład transakcyjnej polityki „między blokami”.
Można zatem mówić o renacjonalizacji polityk: wspólne europejskie stanowiska stają się trudniejsze do wypracowania, bo każdy rząd patrzy na swój „interes narodowy” – czy to w energii, czy handlu, czy technologii. Jednocześnie Komisja Europejska pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen próbuje utrzymać jednolitość (np. mechanizm wspólnych zakupów gazu, jednolite stanowisko wobec Chin – koncepcja de-riskingu). Jednak skuteczność zależy od woli stolic. Jeśli do rządów wejdą partie suwerenistyczne, można się spodziewać:
-
- Europy dwutorowej: wyłoni się twardszy rdzeń proatlantycki (np. Polska, kraje bałtyckie, Skandynawia, może część Europy Śr.) kontra oś „pragmatyczna” (państwa skłonne robić interesy z Rosją/Chinami, np. Węgry, potencjalnie Włochy, Francja Le Pen, Niemcy z AfD wewnątrz koalicji itd.).
- Sankcje-fatigue: Obywatele i biznes naciskają, by nie eskalować sankcji, bo uderzają rykoszetem (choćby w ceny energii). Nowe rządy mogą blokować kolejne pakiety sankcji na Rosję lub je omijać, argumentując, że „trzeba dbać o gospodarkę”.
- Powrót do narodowych polityk energii/handlu: Zamiast solidarności UE (np. dzielenie się gazem), każdy zabezpiecza własne dostawy. Może wzrosnąć rola bilateralnych dealów: np. jakiś kraj x dogada się z Chinami na własną rękę ws. 5G czy inwestycji portowych, ignorując zastrzeżenia Komisji.
- Czasowe modus vivendi z Rosją/Chinami: Możliwe, że któryś z większych krajów europejskich zawrze doraźne porozumienie z Moskwą (np. wstrzymanie działań wojennych na Ukrainie w zamian za gaz lub pokój „za cenę” ustępstw Ukrainy – co byłoby dla spójności Zachodu druzgocące). Podobnie z Chinami – np. otwarcie się na chińskie inwestycje, gdy USA próbują ograniczać Chiny. Już w 2022 Niemcy zgodziły się, by chiński koncern Cosco zainwestował w port w Hamburgu (mimo sprzeciwu koalicjantów i UE). Takie ruchy rodzą tarcia wewnątrz Unii i z USA.
Konsekwencje geostrategiczne: Jeśli Europa się podzieli wewnętrznie lub osłabnie przez chaos polityczny, to blok zachodni utraci spójność i przewagi. Rosja i Chiny aktywnie to wykorzystują – liczą na „zmianę reżimu” w stolicach Zachodu na korzystniejsze. Przykładowo rosyjska strategia w Ukrainie może zakładać przetrzymanie obecnej koalicji prokijowskiej, aż w wyborach w kluczowych krajach UE dojdą do władzy bardziej ugodowe ekipy, chętne większym ustępstwom w stronę Rosji. Dodatkowo serie ataków hybrydowych, które to będą się zapewne nasilać tworzą atmosferę strachu i naturalną chęć odejścia od pomocy Ukrainie na rzecz spokoju. Widać więc, że „III wojna światowa” toczy się nie tylko czołgami na froncie, ale też w sercach i umysłach europejskich wyborców. Trwa walka narracji i wpływu na społeczeństwa: inflacja, migracja, dezinformacja – to wszystko może przynieść taki czy inny wynik wyborczy, a tym samym zmienić kierunek strategiczny całego kontynentu.
Europa stoi przed fundamentalnym pytaniem: czy utrzyma jedność i liberalną demokrację wewnątrz (co wydaje się obecnie mało prawdopodobne) czy ulegnie tendencjom pragmatycznym i rozbije się na bardziej suwerenne państwa, z których każde pociągnie w swoją stronę – potencjalnie rozmiękczając wspólny front wobec Pekinu i Moskwy. W tym drugim scenariuszu wojna systemowa mogłaby się rozstrzygnąć na korzyść bloku eurazjatyckiego: rozbita Europa to słabsze NATO, słabsza ekonomiczna siła Zachodu, a być może konia trojańskiego Chin w postaci kluczowych gospodarek UE prących do interesów z Pekinem.
Rewolucja AI jako nowa logika wojny
Podczas gdy porządek geopolityczny się chwieje, równocześnie dokonuje się skok technologiczny, który zmienia charakter konfliktu zbrojnego. Sztuczna inteligencja (AI) staje się tym dla XXI wieku, czym w XX w. były broń pancerna czy lotnictwo – game changerem pola walki. Mówi się wręcz, że AI jest jak „karabin maszynowy epoki informacji” – kto pierwszy ją masowo i skutecznie zastosuje, uzyska przewagę porównywalną do przewagi posiadaczy broni maszynowej nad kawalerią w I wojnie.
Nowoczesne armie transformują swoje podejście do datacentric warfare – wojny zdominowanej przez informacje i ich automatyczną analizę. Przewaga na polu bitwy coraz bardziej zależy od zdolności do zbierania danych, przetwarzania ich (z pomocą AI), podejmowania decyzji i wykonania uderzenia szybciej i precyzyjniej niż przeciwnik. AI przyspiesza i automatyzuje cały łańcuch „sense – decide – act” (wykryj – zdecyduj – zaatakuj). Dzięki temu tzw. cykl OODA (Observe, Orient, Decide, Act) może zostać skrócony z minut do sekund. Przykładowo, systemy rozpoznawcze oparte na sztucznej inteligencji mogą w czasie rzeczywistym przesiać strumienie danych z dronów, satelitów, czujników, rozpoznać wrogie cele i sugerować (bądź automatycznie wybierać) optymalne środki rażenia. To oznacza, że decyzyjność bojowa zbliża się do prędkości maszynowej – ludzie mogą jedynie nadzorować lub zatwierdzać kluczowe decyzje, ale coraz częściej to algorytm wskaże, gdzie strzelić.
AI na polu walki objawia się m.in. poprzez:
- Autonomiczne lub półautonomiczne drony i roboty bojowe: Już teraz w wojnie na Ukrainie obserwujemy proliferację dronów, które odpowiadają za 70-80% strat na polu bitwy. Obie strony rozwijają drony z AI-sterowanym naprowadzaniem – tzw. first-person view drones zwiększyły dzięki AI skuteczność trafień z ~30-50% do ~80%. Dron z kamerą i algorytmem rozpoznawania celów może samodzielnie wykryć czołg czy żołnierza i uderzyć, nawet przy zakłóconej łączności. Takie autonomiczne systemy obniżają znaczenie czynnika ludzkiego bezpośrednio w walce – stają się jakby „żołnierzami-robotami”, których można produkować masowo. Rozgrywa się już wyścig dronów: Ukraina i Rosja próbują wzajemnie prześcignąć się w AI do dronów, wiedząc, że to kwestia przetrwania – „walka algorytmów” trwa. Austriacki minister spraw zagranicznych Alexander Schallenberg nazwał rozwój broni autonomicznej „momentem Oppenheimera naszego pokolenia”, sugerując, że AI-rewolucja w wojsku jest tak przełomowa jak wynalezienie bomby atomowej. Jego ostrzeżenie: „autonomiczne drony i algorytmiczne systemy celowania czynią zabijanie masowym i niemal bezwysiłkowym – grozi to wyścigiem zbrojeń poza kontrolą”.
- Sztuczna inteligencja w dowodzeniu (C2): AI potrafi integrować dane z rozmaitych źródeł – rozpoznania satelitarnego, zwiadu radioelektronicznego, raportów w social media (np. geolokalizacja zdjęć) – i tworzyć kompleksowy obraz sytuacji w czasie rzeczywistym (situation awareness). Generałowie otrzymują na ekranach sytuację taktyczną zautomatyzowaną, a AI może np. symulować rozwój wydarzeń i proponować rekomendacje. W Pentagonie rozwija się koncepcję JADC2 (połączone dowodzenie i kontrola we wszystkich domenach), której sercem jest architektura sieci czujników i efektorów spięta AI, by uderzyć wroga natychmiast po wykryciu niezależnie od platformy. Krótko mówiąc, „mózg elektronowy” zaczyna wspomagać dowódców, a może w przyszłości sam nim będzie w pewnych obszarach (np. automatyczna obrona przeciwlotnicza reagująca szybciej niż człowiek).
- Cyfrowi żołnierze i logistyka: AI może wyszukiwać wzorce w działaniach przeciwnika (np. analiza big data z meldunków – gdzie planuje atak?), optymalizować trasy zaopatrzenia, sterować rojem dronów rozpoznawczych itd. To wszystko zwiększa tempo i precyzję działań zbrojnych.
Efekt końcowy jest taki, że pole walki upodabnia się do sieci centrlanych komputerów walczących ze sobą: liczy się, kto zgromadzi większy i lepszy dataset, kto ma szybsze procesory AI i lepsze algorytmy. W tym sensie wojna staje się daną – surowcem wojny są informacje. Hasło „kula informacji przeszywa szybciej niż kula ołowiana” nabiera realnego znaczenia.
Widzimy to już na Ukrainie: system GIS Arta (ukraiński, wspierany przez zachodnie dane ISR) pozwala artylerii reagować w kilka minut od wykrycia celu – Rosjanie często nawet nie zdążą zmienić pozycji, nim spadnie ogień. AI pomogła zwiększyć skuteczność ataków dronów kamikaze do poziomu niewyobrażalnego wcześniej. Oczywiście przeciwnik również adaptuje się – trwa np. walka między algorytmami naprowadzania dronów a systemami WRE (walki radioelektronicznej) próbującymi je zmylić. To prowadzi do coraz bardziej pomysłowych rozwiązań (np. zastosowanie kabli światłowodowych przez operatorów dronów, by ominąć zakłócanie radiowe).
Kluczowe przesłanie: rewolucja AI obniża przewagę liczebności i tradycyjnej potęgi militarnej na korzyść tego, kto sprawniej wdroży nowe technologie. Mniejsze państwo z armią naszpikowaną inteligentnymi dronami i zautomatyzowanym dowodzeniem może pokonać większe, jeśli to drugie będzie ociężałe i ślepe informacyjnie. To rodzi oczywiście wyścig zbrojeń: USA, Chiny, Izrael, Rosja, a także średnie kraje inwestują w wojskowe AI, bo nikt nie chce zostać w tyle. W tle są też dylematy etyczne i prawne – czy pozwolić maszynom zabijać bez bezpośredniej kontroli człowieka? Pojawiają się pomysły traktatów ograniczających broń autonomiczną, ale na razie w realiach rywalizacji mocarstw mało kto chce się wiązać.
Zatem logika wojny systemowej XXI wieku jest naznaczona AI. Można nawet spekulować, że trzecia wojna światowa będzie pierwszą wojną algorytmiczną. Tak jak II WŚ była wojną silników (czołgi, samoloty), tak ewentualna globalna konfrontacja będzie wojną sensorów i procesorów. Kto wygra w domenie AI, ten może przeważyć szalę konfliktu systemowego na swoją stronę.
Wstrząs społeczny: bezrobocie technologiczne
Paradoksalnie, podczas gdy AI może decydować o zwycięstwach militarnych państw, równocześnie zagraża stabilności wewnętrznej społeczeństw – także tych państw. Chodzi o zjawisko technologicznego bezrobocia na niespotykaną skalę. Sztuczna inteligencja i robotyzacja zaczynają automatyzować nie tylko proste, powtarzalne prace (co znamy od rewolucji przemysłowej), ale również coraz bardziej złożone zadania kognitywne, dotychczas zarezerwowane dla ludzi z wyższym wykształceniem.
W najbliższych 5-10 latach najsilniejsze uderzenie może spaść na pracowników umysłowych (white-collar), zwłaszcza młodych i na stanowiskach „pierwszego szczebla”. Dario Amodei, ekspert AI i CEO firmy Anthropic, ostrzega, że już w ciągu 5 lat AI może wyeliminować nawet 50% entry-level stanowisk w sektorze usług biurowych, co potencjalnie przełoży się na bezrobocie rzędu 10-20%. Słowem – co drugi początkujący analityk, asystent, młodszy prawnik, księgowy czy programista może zostać zastąpiony przez model językowy lub inny system AI. To nie abstrakcja: już dziś duże modele (GPT-5, Claude itp.) potrafią pisać kod, tworzyć raporty, podsumowywać dokumenty prawne. Banki i korporacje testują ich użycie zamiast zatrudniania nowych ludzi. W 2023 IBM ogłosił wstrzymanie rekrutacji na ~7800 stanowisk administracyjnych, bo zamierza je powierzyć AI. Młodzi pracownicy biurowi są najbardziej zagrożeni – jak mówi Amodei: „to właśnie ich miejsca są pierwsze w kolejce do automatyzacji przez zaawansowane modele”.
W perspektywie dekady również prace fizyczne (blue-collar) mogą być masowo automatyzowane, gdy AI połączy się z robotyką. Już fabryki są coraz bardziej zrobotyzowane, magazyny Amazona obsługują roboty, pojawiają się pierwsze roboty humanoidalne (np. Tesla Optimus) projektowane do wykonywania prostych czynności manualnych. Gdy dojrzeją takie technologie jak zaawansowane manipulatory, roboty autonomiczne w transporcie (samochody ciężarowe bez kierowców) czy inteligentne systemy budowlane, wiele zawodów fizycznych może zniknąć. Dodatkowo rozwój nowych materiałów i druku 3D może uprościć procesy produkcyjne tak, że potrzeba będzie mniej ludzi.
Klasyczna teoria ekonomiczna mówi, że technologia wprawdzie niszczy niektóre zawody, ale tworzy nowe – np. mechanizacja rolnictwa uwolniła ludzi do pracy w przemyśle, komputery stworzyły zawód programisty itd. Jednak przy AI pojawia się obawa, że może ona przejąć także te nowe role, które sama wygeneruje. Przykładowo: powstaje zapotrzebowanie na inżynierów danych czy „opiekujących” się AI, ale jednocześnie AI sama zaczyna programować i optymalizować się. Tempo postępu jest tak duże, że rynek pracy może nie zdążyć wygenerować nowych miejsc dla milionów ludzi wypchniętych z dotychczasowych posad.
Konsekwencje społeczne mogą być dramatyczne: masowe bezrobocie, szczególnie w klasie średniej, pogłębi nierówności (właściciele kapitału i technologii zyskają, reszta straci), wywoła niepokoje i radykalizację polityczną (bezrobotni młodzi mężczyźni to przepis na destabilizację). Już teraz ostrzegają przed tym zarówno ekonomiści, jak i sami liderzy branży AI. Nawet umiarkowany scenariusz obciąży budżety państw z tytułu zasiłków, utraconych podatków, spadku popytu.
Rozwiązaniem dyskutowanym coraz poważniej jest UBI – bezwarunkowy dochód podstawowy. Koncepcja, by państwo wypłacało każdemu obywatelowi miesięczną kwotę „za sam fakt istnienia”, zyskuje na popularności w obliczu perspektywy, że po prostu może nie być pracy dla wszystkich. UBI zapewniłoby minimum egzystencji, stabilizując popyt i zapobiegając ubóstwu technologicznie bezrobotnych. Jednak wyzwania wdrożenia UBI są ogromne: skąd wziąć środki? W bogatych krajach szacuje się, że pełny UBI musiałby pochłaniać kilkanaście procent PKB lub więcej, co wymagałoby albo drastycznych podatków, albo dodruku pieniądza.
Europa na tym tle ma dodatkowe słabości fiskalne: starzenie się społeczeństw oznacza, że coraz mniej pracujących utrzymuje coraz więcej emerytów – już bez AI systemy emerytalne i opieki społecznej są pod presją. W wielu krajach dług publiczny jest wysoki (np. Włochy ~145% PKB, Francja ~112% PKB, Hiszpania ~113% PKB), co ogranicza pole do nowych dużych wydatków. Wydajność europejskiej gospodarki również nie rośnie w zawrotnym tempie, a kryzys energetyczny pokazał uzależnienie od importu surowców. Wprowadzenie UBI na poziomie zapewniającym godne życie (np. rzędu kilkunastu tys. euro rocznie na osobę) wydaje się dziś finansowo nieosiągalne w skali całej UE. A jednocześnie brak takiej „poduszki” może skutkować niepokojami społecznymi, gdy AI wywróci rynek pracy.
W obliczu tego dylematu Europę czeka konieczność przeprojektowania kontraktu społecznego. Być może skróci się tydzień pracy (więcej ludzi dzieli się pracą na część etatu), może wprowadzone będą roboty podatkowe (opodatkowanie zysków z automatyzacji). W skrajnym razie państwa mogą stanąć przed wyborem: albo zapewnić obywatelom utrzymanie mimo braku pracy (w ten czy inny sposób), albo zmierzyć się z destabilizacją, wzrostem przestępczości, może nawet powstaniem ruchów antytechnologicznych.
Z geopolitycznego punktu widzenia, zdolność Zachodu (w tym Europy) do zarządzania szokiem AI na rynku pracy będzie czynnikiem decydującym o długofalowej rywalizacji systemowej. Społeczeństwo rozbite wewnętrznie, w którym duża część czuje się zbędna i wściekła, łatwiej ulega dezintegracji – a to osłabia obóz od środka. Niedemokratyczne mocarstwa mogą cynicznie wykorzystywać tę sytuację propagandowo (np. „popatrzcie na chaos w demokracjach – nasz model daje stabilność i pracę”).
Zatem wyścig AI toczy się nie tylko między laboratoriami i firmami, ale też w dziedzinie instytucji społecznych: kto lepiej zaadaptuje swój rynek pracy i system zabezpieczeń do epoki AI, ten zachowa spójność społeczną potrzebną do globalnego przywództwa.
Hybryda człowieka i AI („człowiek 2.0”)
Na horyzoncie rysuje się jeszcze bardziej fundamentalna przemiana, sięgająca samej definicji Homo sapiens. Mowa o coraz ściślejszym łączeniu organizmu ludzkiego z technologią cyfrową – potencjalnym powstaniu „człowieka 2.0”, hybrydy biologiczno-cybernetycznej, która dysponuje cechami i zdolnościami wcześniej niespotykanymi. Rozwój kilku przełomowych technologii wskazuje, że w ciągu kilkunastu lat możemy osiągnąć funkcjonalną integrację mózgu człowieka z systemami AI.
Kluczowe obszary tej rewolucji to:
- Interfejsy mózg-komputer (BCI): Urządzenia pozwalające na odczyt sygnałów neuronowych i przekazywanie ich do komputera, jak również potencjalnie odwrotnie – stymulowanie mózgu. Firma Neuralink Elona Muska niedawno uzyskała zgodę FDA na badania na ludziach i we wrześniu 2023 przeprowadzono pierwszą implantację chipa w mózgu pacjenta. Celem Neuralinka jest umożliwienie osobom sparaliżowanym obsługi urządzeń za pomocą myśli, a docelowo stworzenie interfejsu, który rozszerzy możliwości zdrowych ludzi. Implant wielkości monety, z tysiącami elektrod cieńszych od włosa, wszczepiony w korę mózgową – to brzmi futurystycznie, ale jest faktem dokonanym. Elon Musk ogłosił we wrześniu 2024, że pierwszy pacjent z chipem czuje się dobrze, a implant poprawnie odczytuje sygnały neuronowe. To nie „tylko” przełom medyczny, ale krok w stronę komercjalizacji technologii sterowania urządzeniami myślą. Inne projekty BCI (Synchron, Paradromics) również robią postępy. Dziś to poziom prostych komend (poruszanie kursorem), za 10-15 lat – kto wie – być może będzie można napisać e-mail samą myślą lub „wysłać” komuś wyobrażony obraz lub sterować siecią rozproszoną „leżąc na kanapie”.
- Robotyka i egzoszkielety sterowane umysłem: Równolegle rozwija się robotyka humanoidalna – np. wspomniany Optimus od Tesli (prototyp humanoidalnego robota asystenta prac). Gdy połączymy to z BCI, człowiek będzie mógł np. poprzez sieć sterować zdalnie robotem jak własnym awatarem, tylko myśląc. Już teraz w laboratoriach testuje się egzoszkielety i protezy kontrolowane sygnałami z mózgu, przywracając mobilność niepełnosprawnym. To się zapewne upowszechni, dając ludziom fizyczne wzmocnienie (żołnierz w egzoszkielecie biegający szybciej, dźwigający więcej).
- Sterowanie zwierzętami i „organicznymi komputerami”: Pionierskie eksperymenty profesora Miguela Nicolelisa pokazały, że można połączyć mózgi dwóch zwierząt przez Internet i skłonić jedno, by naśladowało drugie. W 2013 r. jego zespół wszczepił elektrody dwóm szczurom (jeden w Brazylii, drugi w USA) – i gdy pierwszy nauczył się zadania (naciśnięcie dźwigni za nagrodę), drugi bez widzenia sygnału wykonywał to samo, odbierając sygnały z mózgu pierwszego. Nicolelis mówił o zalążku „organicznego komputera”, w którym wiele mózgów wspólnie rozwiązuje problemy. I ostrzegał: taka technologia może też posłużyć do wysyłania zdalnie sterowanych zwierząt na pole walki. To już nie science fiction – DARPA (agencja Pentagonu) dała mu $26 mln grantu, aby badał dalej integrację mózgów i sterowanie małpami. Inne projekty: chińscy naukowcy mieli eksperymentować ze zdalnym kierowaniem gołębiami czy karaluchami poprzez stymulację mózgu. Perspektywa żywych „dronów” kierowanych sygnałami rodzi kontrowersje etyczne, ale z wojskowego punktu widzenia – wyobraźmy sobie np. rój szczurów-samobójców niosących ładunki albo psów-szpiegó sterowanych przez operatora… brzmiałoby to niedorzecznie, gdyby nie fakt, że podstawy techniczne istnieją.
Jeśli te wszystkie nitki spleciemy, maluje się obraz przyszłości, gdzie granica między człowiekiem a maszyną się zaciera. Za kilkanaście lat możliwe, że dostępne będą implanty poprawiające pamięć (np. chip zapisujący wspomnienia – już się testuje coś takiego dla chorych na Alzheimera), urządzenia rozszerzające percepcję (widzisz podczerwień dzięki kamerze podłączonej do nerwu wzrokowego), czy nawet bezpośrednie „komunikatory telepatyczne” (ludzie z implantami wymieniają proste myśli bez mówienia). Zdolności kognitywne mogą wzrosnąć wykładniczo – bo jeśli twój mózg połączy się chmurą obliczeniową, możesz mieć dostęp do ogromnej bazy wiedzy i mocy analizującej wprost „w głowie”.
To oczywiście rodzi nową stratyfikację społeczną: pojawi się klasa „ulepszonych” ludzi, którzy dzięki wszczepom i AI staną się dużo bardziej produktywni, skuteczni, wpływowi niż reszta. Tacy „ludzie 2.0” mogliby zdominować organizację społeczną, biznes, nawet sferę militarną (żołnierze-„cyborgi”). Główne pytanie brzmi: czy społeczeństwa i systemy polityczne są gotowe na taką rewolucję? Jak regulować interfejsy mózgowe (np. prywatność myśli – implant potencjalnie mógłby odczytać nasze nieuświadomione zamiary)? Jak zapobiec hackingowi mózgu? Kto będzie miał dostęp do ulepszeń – bogaci, korporacje, rządy? Czy powstaną „ludzie gorszej kategorii” (bez augmentacji), być może niezdolni do konkurowania z „cyborgami” o pracę i wpływy?
To już nie tylko fantastyka – to zagadnienia, z którymi zmierzymy się w 2030-2040. Transformacja antropologiczna – połączenie Homo sapiens z jego własnym wytworem, sztuczną inteligencją, tak blisko, że staną się jednym organizmem – będzie wyzwaniem nie mniejszym niż stworzenie pierwszych ludzkich wspólnot politycznych. Być może trzeba będzie redefiniować prawa człowieka (czy „człowiek 2.0” to nadal człowiek? czy AI w ciele ludzkim ma duszę?), zmienić system edukacji (po co uczyć się na pamięć, gdy masz Google w mózgu?), a nade wszystko opracować architekturę polityczno-prawną, która udźwignie istnienie takich istot w społeczeństwie.
Historia nie zna precedensu: stawką jest realnie ewolucja naszego gatunku w nową formę. Kto opanuje tę przemianę (technologicznie i społecznie), ten zdobędzie przewagę nie tylko wojskową czy ekonomiczną, ale wręcz biologiczną. Można to rozpatrywać w kategoriach wojny – zarówno między narodami, jak i między starym a nowym człowiekiem. Mamy tu do czynienia z pytaniem, czy dzisiejsze państwa i porządki prawne są w stanie włączyć tak radykalną innowację. Jeśli nie – czeka nas okres wielkiego chaosu i być może przemocy (przeciw „cyborgom” lub odwrotnie). Jeśli tak – nastąpi kolejny „reset hierarchii”: nowi ludzie stworzą nowe elity rządzące i nowy kształt cywilizacji.
Teatry i horyzont czasowy wojny systemowej
Gdzie i jak może rozgrywać się fizyczny wymiar tej wojny systemowej? Patrząc na obecną mapę napięć, widać trzy potencjalnie najgorętsze teatry konfliktu na najbliższe lata:
- Indo-Pacyfik: To obszar kluczowy ze względu na rywalizację USA-Chiny. Tajwan jawi się jako najbardziej prawdopodobny punkt zapalny globalnej wojny – Chiny deklarują gotowość siłowego „zjednoczenia” wyspy, USA zobowiązują się (choć nieformalnie) do obrony Tajwanu. Ewentualna chińska inwazja na Tajwan mogłaby bezpośrednio wciągnąć USA i ich sojuszników (Japonia, Australia) do wojny z ChRL. Morze Południowochińskie to kolejny flashpoint – Chiny budują tam sztuczne wyspy i bazy, ścierając się z roszczeniami Filipin, Wietnamu, Malezji itd., a US Navy prowadzi rejsy „wolności żeglugi”, ryzykując incydenty z flotą chińską. Ponadto Półwysep Koreański zawsze jest potencjalnie niebezpieczny (Korea Płn. jako sojusznik Chin może prowokować kryzysy rakietowo-nuklearne). Indo-Pacyfik to też wyścig zbrojeń – np. AUKUS (pakt USA-UK-Australia) vs modernizacja chińskiej armii. Prawdopodobny charakter konfliktu: morsko-lotniczy, high-tech, z użyciem AI, rakiet hipersonicznych, ewentualnie broni jądrowej taktycznej (gdyby przybrał zły obrót). Dla wojny systemowej o hegemonię kluczowe jest: czy Chiny złamią amerykańskie wpływy w regionie, czy USA utrzymają sojusze i powstrzymają ekspansję Pekinu.
- Bliski Wschód: W kwietniu 2024 r. Iran przeprowadził bezprecedensowy atak na Izrael (ponad 300 dronów i rakiet), a Izrael odpowiedział precyzyjnym uderzeniem m.in. na obronę przeciwlotniczą w rejonie Isfahanu – to był pierwszy bezpośredni pojedynek obu państw ponad zwyczajową wojną „pełnomocników”. W czerwcu 2025 r. nastąpiła 12-dniowa eskalacja zakończona kruchą pauzą – bez formalnego rozejmu i z wysokim ryzykiem powrotu do działań kinetycznych. Równolegle Huti utrzymują presję na żeglugę na Morzu Czerwonym/Zatoce Adeńskiej, windując koszty i wymuszając objazdy poza Suez. Rijad i Teheran podtrzymują kanały po chińskim zbliżeniu, lecz region pozostaje hybrydowym polem konfrontacji (drony, rakiety, wojna morska, ataki pośrednie). Na jesień 2025 r. napięcie znów rośnie (wewnętrzne represje w Iranie, sygnały możliwej dalszej wymiany ciosów), a ceny ropy reagują skokowo przy każdym zrywie przemocy.
- Europa Wschodnia: Wojna na Ukrainie to już trwająca odsłona globalnej wojny systemowej – starcie między rosyjskim rewizjonizmem a Zachodem wspierającym Ukrainę. To konflikt wyczerpujący Rosję, ale i testujący jedność NATO. Jeśli rozgorzeje gdzie indziej, np. w państwach bałtyckich czy w Polsce, to Europa znów stanie się teatrem. Rosja już prowadzi działania hybrydowe wobec państw sojuszu i flanki wschodniej (drony, cyberataki). Europa Wschodnia to obszar, gdzie ewentualne osłabienie determinacji USA mogłoby zachęcić Rosję do agresywniejszych posunięć, co z kolei przetestuje obronę zbiorową Europy.
Oprócz tych głównych, trzeba pamiętać o innych regionach: np. Arktyka (topniejący lód = nowe szlaki, rywalizacja o bogactwa), Afryka (gdzie Wagner i Chiny rozszerzają wpływy, a Zachód traci – zamachy w Sahelu), Ameryka Łacińska (Chiny wchodzą gospodarczo, USA tradycyjnie uważa region za swoją strefę Monroe). Każdy z tych frontów jest połączony z innymi – bo wojna systemowa ma naturę globalnej szachownicy.
Horyzont czasowy: Taka wielowymiarowa konfrontacja nie ma jednego „momentu zwycięstwa”. Raczej czeka nas długotrwały, 15-30 letni okres niestabilności, gdzie będziemy przechodzić od kryzysu do kryzysu. W pewnym sensie wojna systemowa może nie zakończyć się formalnym traktatem pokojowym, tylko stopniowo wyłoni się nowa hierarchia. Przypomina to „ustawiczną negocjację architektury” – czasem za stołem (jak globalne szczyty G20, które coraz częściej kończą się impasem), a częściej na polach bitew gospodarczych i realnych.
Możliwe są scenariusze:
- Przedłużający się impas: żadna strona nie zdobywa wyraźnej przewagi, konflikt przybiera formę zimnej wojny 2.0 – z lokalnymi gorącymi epizodami, ale bez frontalnego starcia. Stan ten może trwać dekady, aż do zmęczenia materiału którejś strony lub wewnętrznego załamania (np. kryzys w Chinach spowoduje ich odwrót, albo przeciwnie – kryzys w USA zmusi je do retrenchment).
- Wielka wojna gorąca: w najgorszym razie incydent na Tajwanie czy w Europie przerodzi się w otwartą III wojnę światową z użyciem broni jądrowej. To scenariusz katastroficzny, który raczej wszyscy chcą uniknąć – ale ryzyko błędu czy eskalacji pozostaje. Taki konflikt mógłby być krótszy, bo totalna wojna w erze atomowej raczej zakończyłaby się szybko (choć tragicznie).
- Pokojowe przejście do nowego ładu?: Historia uczy, że hegemonii rzadko oddają prymat bez walki. Jednak teoretycznie możliwy jest scenariusz, gdzie np. USA i Chiny zawrą nowy modus vivendi (podział wpływów). Np. „koncert mocarstw”: USA, Chiny, UE, Indie, Rosja umawiają się co do sfer wpływów i zasad (trochę jak Kongres Wiedeński 1815). Na razie to się wydaje nierealne – sprzeczność interesów i wartości jest zbyt duża – ale może po serii kryzysów strony dojrzeją do nowej „jałty”.
Obiektywnie patrząc, jesteśmy dopiero na początku tej drogi. Wojna na Ukrainie jest pierwszym poważnym aktem, a pandemia Covid i kryzys finansowy 2008 były preludiami, które nadwątliły stary system. Przed nami być może kulminacja w latach 2030. Wtedy wiele się rozstrzygnie: demografia (Chiny zaczną się starzeć, Afryka wystrzeli demograficznie), zmiany klimatu (przyspieszą migracje, konflikty o wodę), AI zdąży się wszechobecnie rozprzestrzenić. Może nastąpić definitywny kryzys porządku liberalnego (np. jeśli USA pogrążą się w kryzysie wewnętrznym lub wojnie domowej – co też jest przecież niewykluczone biorąc polaryzację polityczną).
W każdym razie, musimy myśleć o wojnie systemowej nie jako o jednej bitwie, lecz jako o całej epoce. Epoka naporu, testowania i dostosowywania się. To wymaga od decydentów strategicznej cierpliwości i wytrzymałości psychicznej społeczeństw – by nie oczekiwać łatwych zwycięstw, tylko przygotować się na długą serię prób.
Konkluzja i implikacje
Wchodzimy zatem w nowy świat, gdzie stary ład – unipolarny moment Pax Americana – odchodzi w przeszłość. Na naszych oczach rodzi się porządek multipolarny, swoisty koncert (lub kakofonia) mocarstw. Nie będzie jednego hegemona dyktującego reguły jak przez ostatnie 30 lat; zamiast tego nastąpi trudne współistnienie wielu potęg o odmiennych systemach: USA, Chiny, Rosja, Indie, Europa plus ambitni regionalni gracze jak Brazylia. Fiona Hill trafnie zauważyła, że inwazja Rosji na Ukrainę to symboliczny koniec Pax Americana i początek nowego okresu globalnego nieładu. Zadaniem generacji obecnych liderów będzie ułożenie tego chaosu w nowe ramy zanim wymknie się spod kontroli.
Europa w tym wszystkim jest zmienną strategiczną. Od jej wewnętrznej kondycji zależy balans sił w świecie. Jeśli Europa zachowa jedność, witalność gospodarczą i jednolity system wartości (co jest mało prawdopodobne) – będzie filarem współkształtującym nowy ład (być może jako równorzędny biegun obok USA i Chin, co byłoby najlepszym dla niej scenariuszem). Jeśli natomiast podda się wewnętrznym podziałom i wpływom z zewnątrz – stanie się przedmiotem gry cudzych mocarstw, polem rywalizacji, a nie samodzielnym graczem. Wynik wojny systemowej w dużej mierze rozstrzygnie się więc także w Brukseli, Berlinie, Paryżu, Warszawie czy Rzymie – na ulicach europejskich miast, w wyborach do parlamentów, w decyzjach o tym, jak radzić sobie z kryzysami migracyjnymi i energetycznymi. To front mniej spektakularny niż bitwy czołgów, ale równie istotny.
Wreszcie, rewolucja technologiczna z AI na czele czyni tę wojnę systemową czymś więcej niż geopolityczną rozgrywką – to wręcz wojna o to, jakim gatunkiem będziemy. Sztuczna inteligencja już teraz redefiniuje siłę państw i firm, ale za chwilę może redefiniować człowieczeństwo. Wraz z postępem BCI i integracji ludzi z maszynami pytanie brzmi: czy nasza polityczna i prawna architektura jest gotowa na „człowieka 2.0”? Czy państwa poradzą sobie, gdy obywatele będą mieli wszczepy i augmentacje? Czy system międzynarodowy obejmie nowych aktorów (np. byt AI świadomy swych interesów)? Może zabrzmieć to abstrakcyjnie, ale tempo zmian jest ogromne – za dekadę może to być bardzo realna kwestia.
Wojny systemowe z przeszłości rozstrzygały o tym, kto rządzi i jak. Obecna wojna systemowa rozstrzygnie nie tylko kto i jak, ale też kim będą ci rządzący oraz rządzeni. Wyłoniony w bólu nowy ład będzie musiał zintegrować nie tylko nowe potęgi (Chiny, Indie itd.), ale też nową formę ludzkiej egzystencji splecioną z technologią. To kolosalne wyzwanie intelektualne i etyczne.
Czy ludzkość zdoła uniknąć totalnej konfrontacji i wypracować nową harmonijną architekturę – czy czeka nas długa wojna wszystkich ze wszystkimi, dopiero z chaosu której wyłoni się zwycięzca? Na to pytanie odpowiedź poznamy dopiero, gdy obecny reset dobiegnie końca. Historia jednak uczy, że im bardziej świadomie i elastycznie podejdziemy do zmian, tym mniej bolesne będzie końcowe przejście.
Dziś jedno jest pewne: żyjemy w czasach przełomu. Każdy dzień przynosi posunięcia na wielkiej szachownicy mocarstw oraz innowacje zmieniające podstawy cywilizacji. Trzecia wojna światowa może nie będzie ogłoszona oficjalnie, ale w pewnym sensie już trwa – i każdy z nas jest jej uczestnikiem. Naszym zadaniem, jako ludzkości o IQ (miejmy nadzieję) wystarczająco wysokim zbiorowo, jest tak pokierować tą transformacją, by nowy człowiek i nowy ład nie zatraciły tego, co najlepsze w starym świecie: godności jednostki, wolności i współpracy ponad podziałami.