Wschód vs Zachód – Część I – Manicheizm strategiczny Zachodu

W

spółczesna rywalizacja mocarstw nie toczy się już wyłącznie o terytoria, zasoby czy nawet o technologię rozumianą jako narzędzie. Toczy się o coś głębszego: o sposób, w jaki pojmuje się samą naturę konfliktu i zwycięstwa. Za pozornie technicznymi decyzjami o sojuszach, sankcjach, programach zbrojeniowych czy wyścigach w dziedzinie sztucznej inteligencji kryją się dwie odmienne metafizyki strategii. Jedna z nich – zachodnia – jest strukturalnie manichejska. Dąży do absolutnej przewagi i do takiego unieszkodliwienia drugiej strony, by nigdy już nie mogła zagrozić. Druga – chińska – wyrasta z ontologii równowagi i zmiany. Te dwie logiki nie są jedynie różnymi stylami taktycznymi. Są różnymi sposobami bycia w świecie.

Teza tej części jest prosta, choć konsekwencje ma dalekosiężne: zachodnia myśl strategiczna, od Clausewitza po współczesne doktryny amerykańskie, nosi w sobie dziedzictwo dualizmu, który Zachód odziedziczył po chrześcijaństwie, a chrześcijaństwo – po jeszcze starszym źródle. Dualizm ten sprawia, że konflikt nabiera charakteru ostatecznego. Druga strona przestaje być partnerem w grze o względną przewagę. Staje się przeciwnikiem, którego trzeba zmieść albo całkowicie podporządkować.

Dualizm zaratusztriański jako archetyp

Korzenie tego sposobu myślenia sięgają głębiej niż średniowieczne chrześcijaństwo czy nowożytna Europa. Sięgają starożytnego Iranu i religii, którą założył Zaratusztra (Zoroaster) – jednej z najstarszych znanych nam tradycji dualistycznych.

W zaratusztrianizmie świat jest areną nieustającej walki dwóch pierwotnych sił. Ahura Mazda (Ormuzd) – Pan Mądrości – jest twórcą światła, prawdy, porządku kosmicznego (asha). Jego przeciwnikiem jest Angra Mainyu (Ahriman) – Duch Zniszczenia, źródło ciemności, kłamstwa i chaosu (druj). Nie jest to walka metaforą moralną. Jest kosmiczną rzeczywistością. Dobre i złe nie są względnymi biegunami jednej skali. Są dwiema odrębnymi, przeciwstawnymi zasadami, które od początku istnienia świata toczą ze sobą wojnę.

Człowiek w tej wizji nie jest neutralnym obserwatorem. Posiada wolną wolę i musi wybrać stronę. Każdy czyn, każda myśl, każde słowo albo wzmacnia asha, albo zasila druj. Historia nie jest cyklem powrotów. Jest dramatem, który zmierza ku ostatecznemu rozstrzygnięciu – Frashokereti, odnowieniu świata, w którym zło zostanie pokonane, a dobro zatriumfuje raz na zawsze.

To właśnie ten schemat – przeciwieństwa, które nie mogą trwale współistnieć, historia jako kierunek ku ostatecznej separacji dobra i zła – okaże się niezwykle nośny. Nie dlatego, że Zachód „przejął zaratusztrianizm”. Dlatego, że struktura myślenia, którą zaratusztrianizm wyraził z niezwykłą klarownością, znalazła podatny grunt w późniejszej tradycji judeochrześcijańskiej.

Przejście dualizmu do chrześcijaństwa

Wpływ myśli irańskiej na judaizm okresu Drugiej Świątyni i na wczesne chrześcijaństwo jest przedmiotem długiej debaty badawczej. Nie ulega jednak wątpliwości, że w okresie perskim i hellenistycznym w tradycji żydowskiej następuje istotne przesunięcie. Postać Satana, który w starszych tekstach hebrajskich pojawia się głównie jako oskarżyciel działający w ramach boskiego porządku, nabiera cech niezależnej, aktywnej siły zła. W tekstach apokaliptycznych – od Księgi Daniela po literaturę qumrańską i wczesnochrześcijańską – świat coraz wyraźniej dzieli się na dwa obozy: synów światłości i synów ciemności.

Chrześcijaństwo przejmuje i radykalizuje ten schemat. Historia staje się dramatem z wyraźnym początkiem, kulminacją i końcem. Stworzenie, Upadek, Wcielenie, Krzyż, Zmartwychwstanie, a wreszcie Paruzja i Sąd Ostateczny tworzą linię, która nie dopuszcza powrotu. Czas przestaje być cyklem. Staje się linearny i chrystocentryczny. Wszystko zmierza ku punktowi, w którym dobro i zło zostaną ostatecznie rozdzielone. Kompromis z siłami ciemności nie jest możliwy. Jest zdradą.

Ta wizja ma konsekwencje, które wykraczają daleko poza teologię. Jeśli historia ma kierunek i cel ostateczny, to stagnacja, równowaga sił czy długotrwałe współistnienie z przeciwnikiem stają się moralnie podejrzane. Są one albo tymczasowym ustępstwem, albo oznaką słabości. Prawdziwe rozwiązanie może być tylko jedno: zwycięstwo, które zamyka drogę powrotu.

Od teologii do strategii

Nowożytna zachodnia myśl strategiczna nie jest prostym przedłużeniem teologii. Jest jednak głęboko ukształtowana przez tę samą strukturę. Carl von Clausewitz w O wojnie definiuje wojnę jako „akt przemocy mający na celu zmuszenie przeciwnika do spełnienia naszej woli”. W idealnym scenariuszu, który Clausewitz rozważa, celem jest zniszczenie sił zbrojnych wroga w bitwie rozstrzygającej. Nawet gdy mówi o wojnie ograniczonej, horyzontem pozostaje logika absolutna: im pełniejsze unieszkodliwienie przeciwnika, tym pewniejsze zwycięstwo.

Ta logika nie powstała w próżni. Zachodnia tradycja wojenna od starożytności ceniła bitwę rozstrzygającą i bezwarunkową kapitulację. Bellum romanum – wojna prowadzona bez litości wobec tych, którzy nie należeli do kręgu cywilizacji – stała się wzorcem postępowania Europejczyków poza Europą. Wojny religijne XVI i XVII wieku, rewolucje, ideologie totalne XX wieku – komunizm i faszyzm – przejęły manichejski schemat i przeniosły go na grunt świecki. Zimna wojna była jego klasycznym wcieleniem: „wolny świat” kontra „imperium zła”. Po 1991 roku ten sam schemat odrodził się w narracjach o „końcu historii”, „osi zła” czy „demokracji przeciw autokracji”.

Współczesne Stany Zjednoczone, jako dziedzic i najpotężniejszy nosiciel tej tradycji, dążą do przewagi, która ma charakter absolutny. Nie wystarczy osłabić przeciwnika. Trzeba go unieszkodliwić na tyle, by nigdy już nie mógł zagrozić. Stąd fascynacja technologiami „decydującymi” – od broni jądrowej po systemy sztucznej inteligencji i interfejsy mózg-komputer. Wyścig kognitywny, który obecnie nabiera tempa, wpisuje się w tę samą logikę. Kto pierwszy osiągnie stabilną, wysokoprzepustową hybrydyzację ludzkiego umysłu z systemami AI, ten uzyska nie tyle lepsze narzędzie, ile nową kategorię podmiotu decyzyjnego. Podmiot ten będzie w stanie przetwarzać informacje w tempie niedostępnym dla przeciwnika, utrzymywać w polu uwagi modele rzeczywistości o złożoności przekraczającej ludzkie możliwości, a jednocześnie zachowywać zdolność do działania w warunkach niepewności i wartościowania. W logice manichejskiej taka przewaga nie jest relacyjna. Jest ontologiczna. Ma zamknąć drugą stronę w pozycji permanentnej niższości.

Czas linearny jako motor eskalacji

Linearna, chrystocentryczna wizja czasu wzmacnia tę dynamikę w sposób niemal automatyczny. Ponieważ historia ma kierunek i zmierza ku punktowi ostatecznego rozstrzygnięcia, każde wahanie, każda równowaga, każde przedłużające się „status quo” jest postrzegane nie jako stan możliwy do zaakceptowania, lecz jako ryzyko utraty inicjatywy. Okno możliwości zaraz się zamknie. Jeśli nie działamy teraz, przeciwnik nas prześcignie, a historia – która nie znosi pustki – przyzna rację temu, kto był szybszy. Stąd charakterystyczna dla Zachodu niecierpliwość strategiczna, tendencja do eskalacji w momentach, gdy sytuacja wydaje się niekorzystna, oraz głęboka trudność z akceptacją długotrwałej, nierozstrzygniętej rywalizacji. Równowaga sił nie jest tu celem. Jest co najwyżej tymczasowym zawieszeniem broni, które trzeba jak najszybciej przełamać na własną korzyść.

W epoce technologii hybrydowych i kognitywnych ta niecierpliwość nabiera jeszcze ostrzejszego wymiaru. Hybryda człowiek–AI nie jest już tylko narzędziem, które można zdobyć lub stracić. Jest potencjalnym nowym podmiotem, którego pojawienie się może przesunąć samą granicę tego, co uznajemy za ludzką sprawczość, decyzję i odpowiedzialność. W logice manichejskiej ten, kto pierwszy taki podmiot stworzy i ustabilizuje, nie tylko wygra wyścig technologiczny. Zdefiniuje reguły, na jakich dalsza gra będzie się toczyć – i to na pokolenia. Stąd presja, by działać szybko, by nie zostać „w tyle”, by nie dopuścić do sytuacji, w której przeciwnik uzyska przewagę o charakterze nieodwracalnym. Czas linearny nie wybacza zwłoki. Każdy dzień zwłoki to dzień, w którym historia może przechylić się na stronę drugiego.

Domknięcie

Manichejska mapa świata ma swoje oczywiste zalety. Daje jasność, mobilizuje, pozwala na koncentrację zasobów wokół jednego, ostatecznego celu. Ułatwia budowanie narracji, w której własne działania stają się misją, a działania przeciwnika – zagrożeniem egzystencjalnym. Ma jednak też swoją cenę, i to wysoką. Sprawia, że druga strona przestaje być partnerem w grze o względną, negocjowalną przewagę, a staje się przeciwnikiem, którego trzeba zmieść albo całkowicie podporządkować. Kompromis staje się moralnie podejrzany. Równowaga – oznaką słabości lub zdrady własnych zasad. A w świecie, w którym technologie kognitywne i hybrydowe mogą tworzyć nowe formy podmiotowości, logika absolutnego zwycięstwa może okazać się nie tylko kosztowna, lecz i ontologicznie nietrafiona.

Bo nowy podmiot, który powstanie z połączenia człowieka i maszyny, może w ogóle nie mieścić się w starych kategoriach dobra i zła, zwycięzcy i pokonanego, światła i ciemności. Może działać według innej logiki sprawczości, innego poczucia czasu, innej skali ryzyka. A wtedy manichejska mapa, która przez stulecia organizowała zachodnie myślenie o konflikcie, przestanie opisywać teren. Zostanie tylko nawyk myślenia w kategoriach ostatecznego starcia – nawyk, który w nowej rzeczywistości może okazać się bardziej niebezpieczny dla tego, kto go kultywuje, niż dla tego, przeciw komu jest skierowany.

W następnej części przyjrzymy się odmiennej logice – tej, która wyrasta z konfucjanizmu i Księgi Przemian, z wizji czasu jako spirali i z dążenia nie do unicestwienia przeciwnika, lecz do ustawienia trwałej, korzystnej równowagi.